
- < Poprzedni
- ODCINKI
- Następny>
- 3 z 3
Siedział jeszcze chwilę na ławce, chociaż papieros dawno dopalił się do filtra. Trzymał go między palcami bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Obserwował cienką nitkę dymu rozrywaną przez wiatr. Po parkingu przetaczały się suche liście. Jeden zatrzymał się przy jego bucie i drgał lekko, jakby nie mógł zdecydować czy zostać, czy odlecieć dalej.
Spojrzał na niego i parsknął cicho.
– No tak. Nawet pieprzony liść ma problem z decyzją.
Wstał powoli. Kości chrupnęły nieprzyjemnie. Coraz częściej to zauważał. Człowiek jeszcze myśli, że jest młody, ale ciało zaczyna prowadzić własne notatki.
Ruszył w stronę samochodu, lecz zatrzymał się po kilku krokach. Z budynku kościoła doleciał dźwięk. Nie dzwon. Coś metalicznego. Jak przesuwane krzesło albo przewrócona puszka. Spojrzał na figurę. Wyblakła twarz świętej patrzyła gdzieś ponad nim. Zawsze go zastanawiało, dlaczego figury religijne nigdy nie patrzą człowiekowi prosto w oczy. Jakby były ponad sprawami ziemskimi. Przewrócił teatralnie oczami i odwrócił głowę.
Drzwi, wcześniej zamknięte, były teraz lekko uchylone. Był pewien, że wcześniej próbował je otworzyć. Szarpał nawet mocniej, niż wypadało w miejscu kultu.
– Oczywiście – mruknął – bo czemu nie.
Stał chwilę bez ruchu. Miał ochotę odjechać. Wsiąść do auta, wrócić na autostradę i jechać aż skończy się paliwo albo kraj, ale coś go ciągnęło. Nie ciekawość nawet. Bardziej irytacja. Niedomknięte sprawy zawsze go irytowały.
Wszedł do środka.
Kościół pachniał kurzem, starym drewnem i czymś wilgotnym. Jak piwnica albo stara stodoła po deszczu. Witraże z zewnątrz wydawały się brzydkie, ale od środka rozlewały po ścianach dziwne, przygaszone kolory. Zielone plamy mieszały się z czerwienią i bladym błękitem. Przez chwilę miał wrażenie, że stoi pod wodą.
– Jest tu ktoś? – rzucił machinalnie. Głos odbił się mocniej, niż się spodziewał.
Nikt nie odpowiedział.
Ruszył powoli nawą. Echo jego kroków rozchodziło się ciężko po pustym wnętrzu. Minął kilka rzędów ławek i wtedy zauważył człowieka siedzącego pod ścianą, częściowo schowanego w cieniu. Łokcie oparte o kolana. Głowa lekko spuszczona.
Ivo zatrzymał się natychmiast. Serce uderzyło mocniej. Nawet z tej odległości rozpoznał sylwetkę.
– No pięknie… – powiedział cicho.
Mężczyzna podniósł głowę.
– Wiedziałem, że tu wejdziesz.
Ten sam głos. Trochę starszy. Trochę bardziej chropowaty, ale ten sam.
Brat.
Przez chwilę patrzyli na siebie bez słowa. Ivo poczuł dziwną pustkę. Nie złość. Nie ulgę. Jakby wszystkie emocje spóźniły się na spotkanie.
– Śledzisz mnie? – zapytał w końcu.
– Nie.
– To skąd wiedziałeś?
Brat uśmiechnął się słabo.
– Bo zawsze wchodzisz tam, gdzie nie powinieneś.
Za oknem rozległ się przeciągły świst. Krótki. Ostry.
Obaj drgnęli i odwrócili głowy w stronę okna.
— Słyszałeś? — po chwili brat zapytał cicho.
Ivo patrzył chwilę w kolorowe, brudne światło witraży.
— Tak.
- < Poprzedni
- ODCINKI
- Następny>
- 3 z 3
- Zaloguj lub zarejestruj się aby dodawać komentarze
- 41 odsłon