SZOPOBYLCE (11)

Oceń wpis:: 
Średnia: 5 (1 głos)





BRAT NIEWCHŁONIĘTY

Ostanie wydarzenia, które o mało nie skończyły się wielką wojną prawie ojczyźnianą, nieoczekiwanie przerwaną najazdem Pana Tęgiego, przypomniały mi zdarzenie wcześniejsze. Chcąc je opisać muszę się cofnąć pamięcią do podróży, która zaciążyła wspomnianym napięciem granicznym, prawie tragicznym w skutkach.

Bawiąc incognito oraz hucznie w Szopolandii, jako mało znany, sławiony w legendach, skrobacz drewnianych kłód obrzękniętych, zostałem poproszony o interwencję. Po krótkim targu o zapłatę zupełnie dobroczynnie wziąłem udział w niecodziennym zdarzeniu. Okazano mi część topoli, z dużą domieszką brzozy po kądzieli, którą przenosiłem ongiś z Przemysławem Pomocnym Bardzo, chroniąc ją przed wielkimi jesiennymi deszczami grożącymi powodzią. Pomijając trudności z tym związane i macie rwane przy tej okazji, podszedłem do sprawy prawie poważnie. Udawszy się we wskazane miejsce ujrzałem kłodę drewna w opłakanym stanie. Źle sezonowana, nie doglądana, zarośnięta pajęczynami i pleśnią, brzemienna w nieokiełznane artystyczne możliwości prawie dogorywała na zmurszałość wstępną powierzchniową. Wzruszony stanem pełnym nadziei, przypadłem na kolano, skądinąd bolące i przyłożyłem dłonie do zbolałego ciała. Poczułem, tak jak się spodziewałem, życie drzemiące w jakże pięknym okrąglaku. Już chciałem działać w kierunku przysporzenia wszystkich możliwych przywilejów danych brzemiennej, gdy moje dłonie wyczuły drżenie, zawarte bardziej w intuicji, niż w empirii. Coraz wyraźniej przebijał się tembr nie jednego, a dwóch żyć w kłodzie dającej nadzieję.

Zaintrygowany kazałem przenieść przyszłą matkę na nasłonecznione miejsce. Wiatr owiał szadź ludzkiego zapomnienia. Bogaty pająk z oburzeniem otrząsnął resztki snu - foch. Po czym bez pośpiechu zszedł i wszyscy krewni byli mu wdzięczni. No, i muchy. Też.

Ostukałem, opukałem, odkurzyłem. Gdy pył opadł poniuchałem. Kichnąłem srogo stwierdzając, że zmurszałość z wstępnej i powierzchniowej przechodzi w następny etap, chronicznej, pogłębionej, podsękowej. Groziło to utratą nadziei, do czego nie mogłem i nie chciałem dopuścić. Ściągnąłem ocieplony kubrak i niezwłocznie zabrałem się do roboty. Ustaliwszy konieczność cesarskiego cięcia pośpiesznie zgromadziłem nieodzowne w tej sytuacji narzędzia chirurgiczne. Piła łańcuchowa, przecinarka, rozwieracz w postaci klina zrobionego z głowicy starej siekiery, dłuta i wiele drobniejszych, najpewniej niepotrzebnych pierdół.

Po długim zastanowieniu, z mądrą miną, bezmyślnie wykreśliłem prostopadłe linie cięć. Naostrzyłem i naciągnąłem łańcuch starej, kapryśnej, japońskiej piły. Dolałem paliwa i szarpnąłem za rozrusznik. Obudzona piła rozdarła niemożebnie ryja. Przetarłem okulary i splunąwszy w dłonie, starając się utrzymać zadany kąt, delikatnie acz zdecydowanie zagłębiłem prowadnicę w drewno.

Piła zabrała się do roboty. Rozpaczając, że taka dola i jej mać, a siódmy syn urwał i je banany w pudel golony, wycięła z kłody najpierw małego, a później większego szkraba o diabelsko-tasmańskim wyglądzie.

Tak oto, nie wdając się w makabryczne, ociekające posoką szczegóły, narodził się Diabeł Podlaski oraz jego mały brat Chochlik zwany przez miejscowych Czarcim Pokurczem.

I o ile przyszły przywódca Szopolandii, który to miał doprowadzić do poważnych napięć granicznych, został jako tako zaakceptowany przez tubylców, tak jego pokurczowaty brat bliźniak, moimi nadludzkimi wysiłkami unikając śmierci w płomieniach, został skazany na wygnanie i zapomnienie. Pod osłoną nocy kryjąc go w ramionach, klucząc i wielokrotnie myląc pościg, ledwo żywi dotarliśmy do Chaty, gdzie perorując przed Wielkim Zgromadzeniem Carycy K. udało mi się wyżebrać dla niego azyl. Zajmując jeden z kącików zamieszkał w moim małym, mrocznym pokoiku.

Moje sprawozdanie z tej podróży trafiło do indeksu ksiąg zakazanych Szopolandii. Zostałem odsądzony od czci, wiary i objęty infamią i proskrypcją, na okres lat pięciu. W przypadku wyższej konieczności podlegający skróceniu do roku lub nawet anulowaniu. Tak na wszelki wypadek, gdyby mnie potrzebowali, skubańce.

Chciałbym tu serdecznie podziękować wielu życzliwym i pomocnym osobom, których dla ich bezpieczeństwa nie wymienię z imienia.

A wszystkim niewdzięcznym, krwiożerczym mieszkańcom Szopy z zapędami kongregacji nauki wiary - wielki foch!








Komentarze

"...a siódmy syn urwał i je banany w pudel golony..." O ja pergolę :D

nie pergol bo to grzech jak siódmy syn :D

Strony