SZOPOBYLCE (15)

Oceń wpis:: 
Średnia: 5 (2 głosujących)





LUSTERECZKO POWIEDZ PRZECIE

-Proszę Państwa, w Instytucie Szopolandii na wydziale drewnofizyki oraz gównoburzy w szklance do połowy pustej, pod patronatem Panci Od Granulek Niecierpiących Zwłoki wynaleziono wynalazek.

Urzędnik przerwał na chwilę by przepłukać gardło.

- Cóż to za wynalazek? - zapytała z lekko złośliwym uśmiechem jedna z najbardziej znanych dziennikarek.

-Zanim odpowiem na Państwa pytania, proszem paniom, trochę historii tego fascynującego przedsięwzięcia. Zajęło to jakieś dwa lata czasu aby złożyć wszystko w pełnym komplecie i uzyskać pozytywną aprobatę włodarzy, u których sama idea pomysłu spadała w dół na liście priorytetów i po pewnym okresie czasu wracała z powrotem by można było kontynuować dalej odłożony na później etapowo wcielany część po części zamysł innego oglądu rzeczywistości w aspekcie i przez pryzmat faktów autentycznych zaistniałych lub przewidywanych. W każdym bądź razie na dzień dzisiejszy źródła i geneza każą domniemywać zarodka prapoczątku, tylko i wyłącznie, w najświetlejszym umyśle ojca naszego narodu, którego suwerenność i niezawisłość mogła doprowadzić do najlepszego, a zarazem optymalnego finału. Ranga i znaczenie społeczne są do nieprzecenienia i wydaje się, że ocena poprawności i prawidłowości może dać tylko i wyłącznie, ciekawie interesujący przełomowy w swej istocie co do zasady...

-Jeeesssuuu! -pomyślałem - oni wszędzie tacy sami. Beztroska pląsawica słowna. Niestety jak wiemy z historii - nieuleczalna. Noż, bardziej mondrzejszy to ja od tego już nie będę - uśmiechnąłem się z grymasem bólu i przestałem słuchać.

Za jakie grzechy ja tu trafiłem? Zostałem zaproszony na pokaz przełomowego podobnież urządzenia a wylądowałem jak na pokazie kosmicznych technologicznie garnków. Wnosząc z przecudnie krasomówczego opisu urzędasa można by pomyśleć, że użyto co najmniej łoma do tego przełoma.

Koniec końców, wynalazek opisano jako odbiornik, a może nawet, po pewnych modyfikacjach, portal do innych światów i wymiarów, o roboczej nazwie Kisia (od skądinąd mądrej i przepięknej wynalazczyni znanej mi od wielu lat). Genialne urządzenie tymczasem okazało się zwykłym lustrem . Wzruszyłem ramionami. Czego ja się spodziewałem po drewniakach?

Ciężko wzdychnąłem rozglądając się jak tu niezauważenie ewakuować się z tej żenującej imprezy. Omiatając wzrokiem salę zauważyłem jak ciekawska pani dziennikarka z udawanym zainteresowaniem i minimalnie skrywanym szyderczym uśmiechem nachyliła się ku idealnej powierzchni lustra. Kątem oka dostrzegłem lekkie zafalowanie srebrnej tafli i wydawałoby się prawdziwe zaskoczenie na twarzy żurnalistki.

No, tak. Taka kraina. Przecież nie może zabraknąć taniej promocji ale żeby tak znana osoba? Ho ho, wysoko mierzą. Swoją drogą ciekawe ile wzięła, pomyślałem lekko uszczypnięty zazdrością.

Światła przygasły. Przez salę przebiegł szmer.

Kamerzysta którejś z zaproszonych telewizji zaklął szpetnie. Świetlówki znów przygasły na chwilę i zaczęły odpalać ze stukotem starterów i ciężkim buczeniem przepływającego prądu. Po kilku sekundach wszystko wróciło do normy.

Nawet nieźle im to wyszło, pomyślałem obserwując zmatowiałą powierzchnię lustra i leżący u podstawy zgrabny czerwony pantofelek publicystki, której nigdzie nie mogłem namierzyć.

Konsternacja uczestników konferencji przechodziła w coraz głośniejszy szmer rozmów. Operatorzy kamer robili zbliżenia bucika. Komentatorzy nagrywali coś na dyktafonach. W rogu sali jakiś konserwatywny sprawozdawca szkicował coś na kartach bloku w oprawie z wyświechtanej skóry. Popatrz no, w tych czasach takie zabytki. Jakbym nie widział, to bym nie uwierzył. Zaczęto się przekrzykiwać w poszukiwaniu pani dziennikarki. Jakiś pan z sumiastym wąsem perorował, że to już przesada i nie da się zrobić w wała. Ktoś inny głośno śmiejąc się zaglądał pod stół i podnosząc róg obrusa głośno zachęcał do szukania ukrytego przejścia. Gwar robił się nie do zniesienia.

Wtem jedyne prowadzące do sali szerokie, dwuskrzydłowe drzwi otworzyły się z hukiem. W dwóch szeregach zaczęli wbiegać zamaskowani i uzbrojeni żołnierze. Całe pomieszczenie zostało otoczone ścisłym kordonem groźnie wyglądających straszaków. Na koniec wszedł pewnym krokiem oficer wyższy wzrostem i szarżą od innych, rozejrzał się pochmurnym wzrokiem i zamknął drzwi, które natychmiast zastawiło czterech wojskowych.

Funkcjonariusz podniósł dłoń z wyciągniętym palcem wskazującym. Żołdacy skierowali lufy przerażających karabinów w kierunku zgromadzonych w sali uczestników konferencji.

Oficer bez słowa wskazał palcem na lustro. Natychmiast dwóch straszaków podeszło i nakryło je ściągniętym ze stołu obrusem. Po czym jeden z nich złapał pakunek pod pachę i ubezpieczany przez drugiego opuścili salę w pośpiechu.

Dowodzący zbrojnymi postąpił krok do przodu i mocnym, tubalnym głosem, bardzo wyraźnie zaczął wydawać polecenia:

-Wszystkie nośniki, począwszy od karki papieru i ołówka, poprzez światłoczułe klisze, po pamięci stałe, krystaliczne, proszę o włożenie do worka! - wskazał na swoją prawą stronę i odchrząknął groźnie. Na to wyraźnie wystraszony żołnierz stojący bezpośrednio za nim w pośpiechu wyciągnął zza pazuchy i rozłożył czarny worek.

-Proszę ustawić się w kolejce i opróżnić kieszenie do worka. Aparaty, kamery, telefony, notatniki, portfele, wszystko! Niesubordynacja zostanie surowo ukarana! Proszę o współpracę i zrozumienie a nikomu nic się nie stanie, i będziecie mogli się udać do domu. Jeszcze raz. Proszę zachować spokój i współpracować!

Zabrzmiało to na tyle surowo i poważnie, że wszyscy bez dyskusji zaczęli wypełniać instrukcję.

Aha, akurat, szmondaki, pomyślałem czule. Drżącymi rękami wyciągnąłem pamięć z telefonu i wsunąłem pomiędzy, wstyd się przyznać, lekko spruty na szwie materiał mankietu koszuli. Ledwo się uwinąłem gdy z zaschniętym gardłem zauważyłem, iż każdy z zaproszonych jest bacznie obserwowany i przeszukiwany przed wypuszczeniem z sali. Było za późno na jakiekolwiek inne działanie, mogłem jedynie liczyć na cud lub zmówić modlitwę w intencji szybkiej śmierci. Wybrałem to drugie, choć żadnej nie znałem. Naprawdę nie znałem albo coś pomyliłem, bo śmierć, w przeciwieństwie do cudu, się nie zdarzyła. Po upokarzająco dokładnej rewizji zostałem wypuszczony z sali konferencyjnej i na miękkich nogach, lekko się zataczając oraz mocno pocąc udałem się do domu, gdzie dotarłem nic z podróży nie pamiętając.

Po jakimś czasie media obiegła informacja o tajemniczym zaginięciu dziennikarki znanej z upodobania do ładnych bucików. Nikt nic nie widział, nikt nic nie wie. Szeptano, że podobno kosmici z innego wymiaru porwali ale plotkom zrodzonym z teorii spiskowych wiary dawać nie ma sensu. Po tygodniu sensacja została przesłonięta innymi wydarzeniami i życie toczyło się dalej.

Po następnych dwóch tygodniach przemyśleń i drżenia o swoje życie obowiązek dziennikarski każe mi upublicznić wszystko co żem widział i słyszał, a z narażeniem życia, i zdrowia udało się udokumentować. Co niniejszym nieodpłatnie czynię żegnając się jednocześnie z jakże mi bliskimi - pieniędzmi i zrównoważeniem umysłowym.

Niedowiarkom zaś, FOCH!