SZOPOBYLCE (14)

Oceń wpis:: 
Średnia: 5 (2 głosujących)





RUSKI MIESIĄC W BARDZO CIEMNYM MIEJSCU

Wraz z wyczerpaniem złóż drewna w krainie żyjącej z tegoż, rozpoczęła się Wielka Smuta. Liczona od panowania Diabła aż do Podlaskiego i trwająca wielkie długo oraz jeszcze trochę, tak jakby mniej więcej i w sam raz około tego, wydaje się, można założyć, akuratnie co do grama i ani na jotę w tę, a tym bardziej w tamtę, idealnie wymierzona na oko ale jakże długa niemożebnie, jak  duszna, parna noc na kacu, jak letnia podróż polskimi kolejami państwowymi z Przemyśla do Szczecina przy włączonym ogrzewaniu i zaspawanych oknach, jak przemówienie premiera rządu chwalącego swoje dokonania lub jak oczekiwanie w przychodni lekarskiej z NFZ. Tak, że ten, o. Nazwana później przez gremia polityczne okresem błędów i wypaczeń, przez artystów marazmem i stagnacją, a pospolicie i na ogół jesienią średniowiecza. Byli też tacy co mawiali coś o czarnej dupie. Cóż, nie było to politycznie poprawne więc szeptano z odpowiednią intonacją. No, mówię wam, naprawdę bardzo długo w ciemnym miejscu.

Chcąc ogarnąć temat otwarto panel dyskusyjny pod patronatem włodarza Szopolandii Diabła Podlaskiego, w jego majestacie i przed większym audytorium, aby przedstawić kryzysową sytuację oraz porównać swoje stanowiska, i wypracować wspólny wynik będący przejawem genialnej myśli Wielkiego Stratega. W drugiej fazie dyskusji słuchacze zwykle mają okazję do zadawania pytań. W tym miejscu dygresja. Mniemam, że wszyscy jesteśmy dorośli i wiemy, iż pytanie będzie tylko jedno, zadane przez jedną osobę i będzie ono brzmiało: dlaczego problem jest jeszcze nierozwiązany i na kim należy przećwiczyć prosty w założeniu zabieg dekapitacji. Tak, że teges, proszę nie wstydzić się Majestata i śmiało zadawać pytania, jak również poddawać rządy konstruktywnej krytyce. Aperitif przed, ani przekąski po, nie są przewidziane. Trup może ścielić się gęsto, choć ogólnie będzie niepoważnie i wesoło.

Streszczając, odbyto prelekcje dla szerokiego grona ograniczonych odbiorców, z reguły nie związanych z daną dziedziną wiedzy na określony temat o charakterze popularnodiscopolowym, których celem było przekonanie słuchaczy do nikogo nie interesującej, porąbanej wizji głównego siepacza krainy oraz nakłonienie do zaakceptowania nieokreślonych poglądów, postaw, oraz zachowań behawioralnych, a także zachęcenie do podjęcia jakiegokolwiek ochotniczego działania wymuszonego, czy chociaż zainteresowania się tematyką braku drewna.

Otóż.

Deski czy siano? Na pytanie o brak dostaw Minister Transportu szamba oraz dóbr wszelakich merytorycznie stwierdził, że kto deski suszy ten siano zbiera. W związku z tym jasno z tego wynika, że choć ten co się zobowiązał, to ma to dokładnie tam, gdzie nasza kraina aktualnie jest. I tyle.  Aha, jeszcze, że cmoknąć można jeśli wola ale na pewno nie przez telefon, bo stacjonarny słabo łączy na łące, więc się go nie odbiera.

Nowi kontrahenci? Minister Handlu, w tym zagranicznego, mącił coś o cłach, cenach zaporowych, dumpingach, nieuczciwej konkurencji. Ogólnie nie bardzo wiedział o co chodzi więc po którymś z kolei zdaniu rozpoczętym od yyyyyy, Diabeł Podlaski jeno spojrzał spod oka, wskazał krzywym palcem i za sekund parę główka spadła, i dzieci już  miały czym w piłkę grać.

Zamiana trupa na sprawnego stolarczyka? Elokwentny Minister Spraw Zagranicznych w odpowiedzi stwierdził, że owszem, jak najbardziej jest to dobry pomysł. Słuszne i właściwe założenie lecz, po konsultacji z Ministrem Obrony i Dowódcą Sił Zbrojnych, siłowe włączenie się w sieć powiązań handlowych nie wchodzi w rachubę. Natomiast oczekiwanie na zluzowanie mocy przerobowych przemysłu drzewnego skutkuje obciążeniem czasowym. Wielomiesięcznym. Może rocznym nawet.  MON ministrant, zakamuflowany korą brzozy, nalegał na kupno większych ilości towaru bez przetargu od handlarza kompasami i wiosłami kajakowymi na zagranicznym portalu aukcyjnym, za pieniądze na helikoptery tudzież inne korwety.  W popłochu jednak się wycofał, poniewczasie połapawszy się, że nie ma ani pieniędzy, ani helikopterów, a tym bardziej morza ale urządzenie do oddychania jodem będzie jak najbardziej na miejscu. Zgadzał się tylko brak przetargu i handlarz z Waliwrogiexpress.  Jednakoż brodacz, szumnie nazywający się ministrem od zdrowia, pieniądze już wyprowadził, a w zamian dotarły dwa drewniane wiosła i respirator do samodzielnego złożenia. Tak, że jest kryty. Poza tym to wrogi to spisek jest to, o!

Po incydencie z Ministrem Handlu liczba prelegentów nieznacznie spadła do zera. Nikt nie wiedział jak pozyskać przedmiot kryzysu , a jeśli nawet wiedział, to się nie wychylał. Dzieci, póki co, mają zabawkę, więc wiecie rozumiecie.

Ustalono po długiej ciszy, że ten, no, negocjator potrzebny od zaraz. No, i dziwnym trafem wybrano mnie na ochotnika. Wspaniałomyślnie zdjęto ze mnie infamię i proskrypcję nałożoną ongiś na okres lat pięciu. Pogłaskano i nakarmiono jak ostatnią wieczerzą. Wsadzono w zęby tutkę tytoniową wstępnie odpaloną, wlano szklankę ciepłego sikacza w gardło i skrobiąc maczetą pod paznokciem poproszono o pomoc w temacie. I że złociutki będę i obrosnę dutkowym pierzem jak gęś przed zarżnięciem, i cokolwiek zechcę, a jak nie zechcę to jeszcze lepiej dla mojego zdrowia oraz samopoczucia ich. Tak zmotywowany wypuszczony zostałem kopniakiem przez szeroko otwarte drzwi.  Otrzepawszy się z trawy, błota i ujmy na honorze wyruszyłem na podbój świata handlu drewnem, gdzie po wielu przygodach uwieńczonych spektakularnymi sukcesami, zostałem światowcem prima sort. Wzdychały do mnie wielkie, międzynarodowe korporacje i klasowe kobiety. Wyuczyłem się wielu języków i pojadłem rozumów popiwszy to obficie wodą sodową. O tym wszystkim inną razą, teraz do brzegu tej szerokiej, cuchnącej kantem i nie tylko, rzeki.

Po wstępnym rekonesansie, ustaliłem dokładnie tyle samo co ministrowie Szopolandii. Mając na uwadze dobrostan mojej głowy wspiąłem się na wyżyny negocjacji i wypertraktowałem wóz drewna z końcówek serii. Znając ogólnoświatowe zapotrzebowanie na ten cenny surowiec następnego dnia, z samego rana, o godzinie jedenastej zaprzągłem wynajęty wóz w sto sześćdziesiąt koni i zwiozłem towar na przedmurze Sheadlandu. Wśród narzekań na jakość asortymentu, małą jego ilość oraz ogólnych złorzeczeń pośpiesznie wypakowałem i ułożyłem w sztable zwiezione dobro. Po czym, widząc ogień pod kotłem ze smołą i wór pierza, gnany życzeniem gnicia w lochu aż do usranej śmierci (ot, sławetna wdzięczność ludu tej gościnnej krainy), niespiesznie w te pędy udałem się do Chaty, gdzie długo, a rzewnie płakałem za utraconym bogactwem i sławą. Smuta moja była wielka i ciemność zapanowała w miejscu mojego zakwaterowania. Ogólnie czuło się, że gówno z tego wyszło i płynie szeroko. Aż zapomniałem, iż życie jednak ocaliłem. Ciesz się życiem, mruknąłem. Szczególnie, że niepodobna wstąpić dwukrotnie do tej samej rzeki. Panta rhei, i to bez cholernego, drewnianego wiosła.

Of course, nie zapomniałem strzelić focha. Absolutely! Hm!










Szopobylce