SZOPOBYLCE (13)

Oceń wpis:: 
Średnia: 5 (1 głos)





PAN CZESIEK

-Oj, nie. Wydaje mi się, że zaczęło się dużo wcześniej, przed wieloma laty. Co? Hahaha.

Roześmiałem się.

-Nie, nie, nie aż tak dawno. Jak miałem naście lat co najwyżej, to mieliśmy w domu takiego ducha. Pan Czesiek go nazywaliśmy. Słucham? Hm, dlaczego Czesiek? Nie wiem. Ktoś tak nazwał i zostało. Czekaj chwilę.

Osłaniając twarz i telefon przeszedłem przez krzaki i znalazłem się na polnej drodze.

-No, jestem. A nic, przez krzaczory przelazłem. Co? A tam wielki mi duch, takie tam gadanie. Wiesz, a to światło zgasło, a to zaświeciło. Innym razem schody skrzypiały na jedynym możliwym schodku, a nikt nimi nie szedł. Któregoś lata, jak wszyscy byliśmy na wyjazdach wakacyjnych, to chłopaki przyszli na jabłka i widzieli kogoś w oknie. No, podobno wiali jak po grochówce, hehe. Teraz już nie pamiętam dokładnie, wiesz, latka lecą, ale różne dziwne rzeczy się działy. Pewnie dałoby się wytłumaczyć to jakoś racjonalnie ale wiesz, ten dreszczyk i wielkie gały dzieciaków z ulicy jak im się opowiadało. Bezcenne. Uff, zasapałem się. Moment, ktoś ławeczkę tu postawił pod brzozą, w cieniu, to przysiądę.

Usadowiłem się wygodnie i rozpiąłem koszulę do połowy.

-Ciepło dziś, cholera. Że jak? Aaa, no. Taki byt bionekrotyczny, hehehe, tylko Wędrowycza nasłać.  

Poprawiłem się na ławeczce.

- A nieee, taka postać z książki. Nieważne. Do rzeczy. No, i teraz, kumasz, znowu jakieś dziwne rzeczy się dzieją. 

Słuchałem przez chwilę patrząc w niebo.

-Oj, nie pamiętam z jakiej książki. Jak przypomnę, to ci powiem. OK? Słucham? Co z tamtym? Wyprowadziliśmy się po prostu, dom zburzono i w tym miejscu jest teraz blokowisko. Hm? No, po prostu. Widzisz - są na tym świecie nieskomplikowane rzeczy i one się dzieją. Co to ja chciałem powiedzieć? Aaaaa, mam, co dziwnego teraz się dzieje. Różnie, ci powiem. A to coś jest otwarte, a było zamknięte. A to odgłosy  znikąd, a jednocześnie jakby zewsząd. Najlepsze, że rzeczy, które robisz rutynowo, z rana na przykład zastajesz odwrotnie. Podobno w Krainie Dwa Razy Dziennie Mlekiem Płynącej, to już standard. Coś stuknie, coś puknie, zaśpiewa, zagwiżdże, przekręci, odkręci, zniknie, pojawi. Ogólnie wesoło ale też zastanawia. A co jeśli jednak coś w tym jest, jakiś inny wymiar? No, raczej, żart. Tak, tak, aberracja. Nie wiem czy to dobre słowo, choć ostatnio modne.

Wydąłem usta w geście dezaprobaty  i prychnąłem głośno.

-Halo! Coś przerwało. Co? Dobra, to leć. Później się zdzwonimy. Hej.

Zakończyłem rozmowę. Zerknąłem jeszcze na godzinę i schowałem telefon. Brzozy delikatnie i kojąco szumiały jakby nie chciały przerywać, tu i ówdzie, drącym ryja cykadom. Błąd. Nie drą ryja, bo nie mają. One bez skrępowania grają na timbalach. Tak czy siak - za głośno, psiakrew!

Spojrzałem na starowinkę, która w międzyczasie przysiadła na skraju ławeczki. Wydała mi się znajoma ale, ni cholery, nie wiedziałem skąd.

-Dzień dobry. - pozdrowiłem.  - A ty Babciu, słyszałaś? - zagadnąłem bez przekonania - Co ty na to?

-Он, наверное, новенький. Он как ребенок. Он старается, подражает вам. Что ж, ему скучно. Оставьте ему игрушку.

-Hm, zabawkę, powiadacie? - przymknąwszy oczy zamyśliłem się.

-Да, точно, игрушку. Я думаю маленькая машина. Ну, я должен продолжать. Меня ждут другие. Попробуйте подарить ему игрушку. Попробуйте.

Może, może. Co szkodzi spróbować. Uśmiechnąłem się. Jak tam po rusku dziękuję? Aha.

-Спасибо.

Starowinki już nie było. Czyżbym aż tak długo dumał nad jej słowami? Niemożliwe.  Chyba od tego skwaru zaczynam mieć zwidy.

No, na mnie też już czas. Rzuciłem spojrzeniem dookoła raz jeszcze i dojrzałem maluteńki żółty samochodzik na brzegu ławeczki. Lekko ścierpła mi skóra na grzbiecie. Powoli i delikatnie wziąłem zabawkę w ręce. Przyjrzałem się uważnie. No żeż, Mustang Fastback S-code 390 z 68 roku, jak w mordę.  O, i drzwi się otwierają, i maska. Podekscytowałem się jak dziecko. I jeszcze resorak - opuściłem z niedużej wysokości na siedzisko ławeczki. Cudeńko!

W dziwnie dobrym nastroju ruszyłem w dalszą podróż do domu.

Po kilku popasach i szmacie drogi, która po wielu potknięciach była już wyżęta z radości wędrówki, zapomniałem o zabawce. Dopiero gdy już słyszałem z daleka pokrzykiwania Czako, pomruki mieszkańców wydobywające się zza murów Krainy Dwa Razy Dziennie Mlekiem Płynącej skierowały moje myśli do autka leżącego bezpiecznie w moje kieszeni. Co mi szkodzi, położę zabawkę przy wejściu i zobaczymy. Przecież i tak nic się nie stanie. Duchy nie istnieją - parsknąłem w myślach cokolwiek zniesmaczony.

-My precious! Haaaaa!  - wyrwało mi się niespodziewanie - Nie oddam mojego skarbu byle przybłędzie!

Nagle zagrzmiało groźnie i przeleciał szybki szkwał.

-Подари ему игрушку. - zaszeptały liście pobliskich wierzb.

Wariactwo! - pomyślałem zmrożony- a czort w samochodzik, toż to jakaś Szeptucha, albo co gorszego, lepiej nie fikać. Położyłem zabawkę przy wejściu do krainy.

-To dla ciebie, Panie Czesiu. - mruknąłem, myśląc jednocześnie, że tracę zmysły.

Wzdrygnąłem się i  szukając w głowie kontaktu do psychiatry ruszyłem do Chaty na obiad.



Następnego ranka, ku memu zaskoczeniu, autka nie było. A to ci dopiero! Roześmiałem się. Pewnie ktoś zabrał, pomyślałem rozglądając się uważnie dookoła.

-No, i co? Panie Cześku? Jak tam panu? Zadowolony? - rozbawiony rzuciłem w przestrzeń.

-Yyyy, mhhyyy... Pan czesi sie, czesi! - otoczył mnie podniecony głos.

Przebiegł mnie dreszcz i dostałem gęsiej skórki na całym chyba ciele.

-Czeesiii, czeeeeesiiiii... - powoli rozpłynął się w porannej mgle.

I co? Już? Mało żem gaci nie zabrudził bardziej z tył. I tyle?

NOŻ, FOCH!