Wspieraj stronę. Kup ebooka: Tomasz Jerzy Kownacki – SZOPOBYLCE ZAPISKI Z PODRÓŻY – Książki w Google Play
RZEŹBOTWÓR
Zwiedzając okolice Chaty, zupełnie nieświadomy mających tu się rozegrać w przyszłości zdarzeń, dotarłem po mozolnej wędrówce do Szopy. Spostrzegłem, że jest to nowe miejsce. Pachniało sosnowym drewnem i impregnatem. Fundamenty nie zdążyły jeszcze porosnąć mchem, ani trawą czy chwastem. Kraina młoda, nieduża i na pierwszy rzut oka odludna choć dało się zauważyć pewien, niesprecyzowany potencjał. Ruszyłem wokół na rekonesans. Niestety, nic ciekawego od południowej strony, skąd przybyłem nie zwróciło mojej uwagi. Tylko brama graniczna. Bardziej bramka. No, dobra, drzwi. Brak straży granicznej, choćby znudzonego celnika. Rozczarowujące. Ruszyłem na wschodnie rubieże. Wystraszyłem stado wróbli. To wszystko. Otrząsnąwszy się z piór i jazgotu podjąłem dalszą, nudną wędrówkę.
Północna granica wyznaczona głuchą, prostą drewnianą palisadą dała do myślenia. Porzucone drabiny i bliżej nie określone metalowe artefakty przerośnięte trawą sugerowały jakąś dramatyczną historię. Początkowo domniemałem szturm dzikich hord opętanych mordem, grabieżą oraz gwałtem na śpiących i nieświadomych niczego mieszkańcach. Częstokół był jednak nieuszkodzony i prawdopodobnie zaniechano ataku lub go odparto. Tak, na pewno tak było - podpowiedziała mi złakniona wrażeń wyobraźnia. Pozostawiając za sobą zgrzyt stali, okrzyki wdzierających się napastników i jęki rannych ruszyłem dalej.
Po parunastu krokach, umęczony nie wspinaniem się na wzniesienia, nie przeskakiwaniem przez stare, zmurszałe pnie potężnych drzew i nie omijaniem ogromnych wyimaginowanych głazów wychynąłem za róg palisady. Otworzył się przede mną wspaniały widok na odległy las lekko przesłonięty Chatą, krainą mojego zamieszkania z wyboru. Chłonąc fascynujący obraz wciąż rozwijającej się krainy mojego kwaterunku zaskoczony dostrzegłem przy pobliskich krzakach bzu przygarbioną postać. Mimo odległości mogłem z pewnością stwierdzić, że był to mężczyzna. Ubrany w ekscentryczny, przybrudzony uniform, sugerujący wojskowy przydział rozglądał się niepewnie i wyglądał na zagubionego. Odniosłem nieodparte wrażenie, że potrzebuje pomocy.
- Halo! Dzień dobry! Mogę jakoś pomóc?
Zaskoczony nieznajomy w mgnieniu oka odwrócił się w moim kierunku i podniósł ręce jakby chciał mnie odepchnąć. Patrzał na mnie otępiałym wzrokiem, a jego poszarzała twarz wyrażała niedowierzanie i lęk.
- Potrzebuje pan pomocy? - powoli uniosłem dłonie w uspokajającym geście.
- Drewniak, wynalazek, lustro, bucik, kobieta, inny świat. Zapamiętać. Raportować. Lustro, wynalazek...
Mężczyzna odwrócił się i chwiejnym krokiem pobiegł znikając za krzakiem bzu. Co jest? Wariat? Ostrożnie ruszyłem za nim. Gotowy na wszystko wychyliłem się za ścianę liści. Zdziwiony nikogo nie dostrzegłem. Tylko powietrze falowało nietypowo błyszcząc. Oszołomiony jeszcze raz się rozejrzałem. Nic. Wiatr łaskotał liście i głaskał trawy rozcieńczając ciepło płynące z promieniami jesiennego słońca. Facet zniknął. Ot tak, po prostu.
Drżącą ręką odpaliłem tutkę szlachetnego tytoniu i wypuściłem dym na cztery strony świata. Odczynić nie zaszkodzi.
- Szelki na wypadek - przejęty wyszeptałem tajne, starodawne zaklęcie.
Wzruszywszy ramionami, poirytowany i spięty wróciłem pod drzwi graniczne Szopy.
Skrajnie wycieńczony liczeniem wszystkich jedenastu kroków przysiadłem w progu. Rozejrzałem się i z niejakim zaskoczeniem odkryłem, że choć posterunku nikt nie pilnował, to kraina nie jest bezludna. Z półcienia z dezaprobatą przyglądał mi się rzeźbotwór.
- A to ci drewniak - mruknąłem.
- Sam jesteś drewniak - wrogo warknął drewniak.
- No jak nie jak tak, a jak nie tak, to kto?
- Szopobylec W Trampku, Zarządca tej krainy trocinami i kurzem słynącej, Pan na włościach i przyległościach, Grzędy Rozdający, Prowadzący Topór i Łańcuch, Cieśla Tnący Pewną Ręką, Łamiący Dłuta i Serca, Pasterz i Kat, Las Ojciec Narodów z Nasionka Stworzony, któremu wiatr oraz słońce w pokorze czeszą koronę, a deszcz poi i kąpie... A ty kto i czego? - splunął siarczyście olchowym sokiem tuż przy moim bucie.
- Yyy, Ja, ja... - oniemiały i lekko zniesmaczony szukałem języka w gębie - Ja jestem Chatobywalec, poszukiwacz niezaginionej szopy - spróbowałem wejść w konwencję.
- No, to znalazłeś. Dlaczego śmiesz zakłócać spokój nadnaturalnemu pięknu mej osoby, który w swej mądrości i dobroci nie uśmiercił cię marny, galaretowaty stworze... - przerwał i spojrzał bystro - Umiesz strugać?
- Yyy, a na przykład co? - Spytałem lekko zaintrygowany - Narcystyczna kupo zmurszałego, bagiennego chrustu - dodałem w myślach
- A na ten przykład boską rękę mocarnego króla, niedoścignionego w swych opisach albo chociaż palec, którego dotykiem tworzyłbym światy całe wspaniałe... Eee, ten, no, co bym mógł w nosie podłubać, bo mnie kozy swędzą i się strasznie wiercą niedrapane. No? Hm?
- Nie, no, wiesz, aż taki ze mnie magik to chyba nie...
- To kij ci w otwór, wynocha, bom zajęty refleksją o świecie świtaniem ery cyfrowej!
O, żeż ty! drewniaku taka twoja tać. Mam dość na dziś. - pomyślałem tylko. Zerwałem się na równe nogi i spiorunowałem kloca wzrokiem. Oby ci próchno zęby zeżarło. Zwrot na pięcie i już mnie nie było. Foch.

KOSZMARKI
Drugie moje spotkanie Tego, Któremu Wiatr i Słońce, i tak dalej okazało się równie niemiłe. No, chyba nie polubię pajaca w trampku. Bywa.
Podczas wyprawy na Zaszopie z tajnymi planami poruczonymi mi przez wyższe siły i gremia wstąpiłem do Szopy. Foch mi już minął, choć był, jasna rzecz, forever. Pomyślałem więc, że podrapię Szopobylcowi W Trampku kozy swędzące w nosie. Narcyz jak ta lala ale co mi tam, on taki sam i w ogóle. Tymczasem jemu foch nie minął, poza tym kozy sprzedał, kupił muchy i zasiedlił pustostany. Co otworzył paszczę, to wydalał z siebie chmary bzyczącego badziewia. Więc, yyy, teges, nie pogadaliśmy. Patrzyłem jak wydyma usta i wpada w samozachwyt. Chyba się czegoś napalił - pomyślałem - i nie były to liście laurowe. Hm, może majeranek albo zielone pomidory. Ciekawe. Muszę podpytać.
Tak na wszelki wypadek odpaliłem tutkę szlachetnego tytoniu i wypuściłem dym na cztery strony świata. Odczynić nie zaszkodzi.
- Tfu, na babskie jajca - splunąwszy wyszeptałem tajną, starodawną formułę odpowiednią do zaistniałej sytuacji. Muchy się jakby przerzedziły. No i elegancko.
Niezauważenie zasiedziałem się podziwiając starannie dobrane miny Szopobylca i za późno już było ruszać w dalszą zaplanowaną podróż. Rozejrzałem się po tej niewielkiej krainie. Deski, sklejki, kartony i znowu deski. Wszystko bez ładu i składu. Dżisas, co za niechlujstwo. Pajęczyny na wszystkim. Żeby chociaż poukładane, to pająkom byłoby lżej. Z drugiej strony pajęczaki nigdy się nie żaliły.
Nudząc się srodze przeszukałem owe szopiaste zarośla. Obrosłem przy tym w pająki, biedronki, trociny i soczyste macie. Dobrze, że przed tym odczyniłem bo strzyga lub wampierz murowany. Nie wspominając o Ciupakabrze. Szczęśliwie obyło się na kichaniu co to mało nosa nie urwało.
W jakimś niesparowanym kącie znalazłem porzucone dłuta. Po długich, pełnych zadumy, kilkusekundowych, jakżeż bezowocnych rozmyślaniach o poprzednim właścicielu narzędzi zrezygnowany w dwa palce obtarłem prawie urwany nos. Spontanicznie chapnąłem przypadkowo przytachany z nakładem sił nadprzyrodzonych, sądząc po rozmiarach, stojący obok kloc drewna. Splunąłem w nieskalane pracą dłonie i pchany czysto altruistyczną potrzebą robienia innym w poprzek, rzuciłem się do haratania rzeczonego a przypadkowego. Gdzieś około tysięcznego lub dwutysięcznego uderzenia siekiery i gorąca wsunąłem krwawiące dłonie pod pachy, siadłem na zydlu i popadłem w majaki senne.
Śniły mi się Szopobylce plujące siarczyście muchami, zakrwawione dłuta tępe jak drewniany nóż do masła i kozy skaczące po wielkim klocu, chyba niekoniecznie drewnianym. Były tam pająki wielkości kota i Kiciucha mrucząca ballady do kotleta. Coś wyło w tle księżyca, mrugała czerwień ślepi w chaszczach i jawił się błysk oślinionych kłów zadzierzgniętych na gardle dziada, który plując krwią charczał:
Wiatr w kominie
Szumią drzewa
Karmią się demony
Nocną ciszą
Szarpie drzwiami
Wejść czy wyjść
W pustym parku
Marzenia wiszą
Wiatr szumi drzewa
Mówi w kominie
Demony kołyszą
Marzenia zawisłe ciszą.
I chciałem wstać i uciec lecz nóg nie miałem, a na rękach buty, każdy inny. Los mój marny jawił się i dookoła nieprzenikniona mgła niczym dym co szczypie w oczy i łzą czas wycieka, i spada do czarnego cylindra, z którego biała rękawiczka los wyciąga jak za uszy królika , a pies olbrzymi na to:.
Znaczy się, yyy, yyy, teges, ne, przyśniło mi się imię nowego rzeźbotwora, ne - Szopobylec W Cylindrze, ne.
Nie przerywając chrapania strzeliłem focha tym głupotom.

PRZEZ WIATR I DESZCZ
Pogoda była taka, że właśnie wtedy, ocierając mordę z wody, postanowiłem zanabyć psa. W końcu miałbym pretekst żeby z Chaty nie wyłazić, bo przecież gdy pogoda, że psa nie wygonisz, to i ja bym został z, bo przecież nie pod psem, gdyż tam już cała ta zasmarkana aura. Tak czy siak brnąc pod wiatr, ociekając wodą, ledwie widząc i słysząc, marząc o psie i grzańcu, potknąwszy się o próg wpadłem do Szopy. Wykonałem dziwną, pokraczną figurę o nieznanej nazwie, zrobiłem dwa rozpaczliwe kroki i obdzierając kolano runąłem na dłonie. W końcu przyrżnąłem w kawał drewnianego, kanciatego kloca.
Zgadza się. Znowu odwiedziłem Szopobylca W Cylindrze.
Ten tylko coś mruknął przez sen próbując się przewrócić na bok. Już, już, zdawało się, że uda mu się tak sztuka, lecz... nie. No, żeż, kurwa. Mogło być tyle radości. Drewniak jednak tylko zastepował przez chwilę i osiadł pewnie w poprzedniej pozycji. Jeszcze coś zamruczał, parsknął obrzydliwie i nagle zakrzyknął zachrypniętym głosem:
- Co tam do jasnej, ciasnej! Kogo tam cholera niesie? - długo i mocno wciągnął powietrze nosem i strzygł uszami.
- A, to ty, stfuurca - splunął obficie pod nogi. Jasna, spieniona, wierzbowa posoka powoli wsiąkała w kurz i pył nagromadzony na podłodze.
- Ano, ja - masując zbolałymi dłońmi pulsujące, puchnące kolano nawet nie próbowałem ukryć niesmaku - Spać można w wielu miejscach i pozycjach. Kumasz, drewniaku? Na boku, na brzuchu, na plecach, na wysokiej lub niskiej grzędzie, z poduszką, z jaśkiem lub też bez kochanka. Jest wiele dróg do wybudzenia. No? Świeci coś w próchniawym łbie? Na brzuszku na ten przykład, panie, dojdzie do nienaturalnego skrętu szyi oraz odcinka lędźwiowego, co z kolei przyczynia się do bólów karku, barków, łopatek i głowy. Złapiesz ból kręgosłupa i tego nie wystrugasz. Co ja gadam? Ty nie masz brzucha, lędźwi, barków ani łopatek. Do tego, jak by ci to powiedzieć delikatnie produkcie opałowy, ty kręgosłupa nie masz! Ty ni w pipę, ni w pelet. - kolano dalej bolało ale ogólnie poczułem się lepiej - Znaczy, prostymi słowami staram się ci wytłumaczyć, chwaście jeden, że mógłbyś kanciaku stać troszkę z boku!
- Dzięki jednej mendzie bok dla mnie jest wszędzie - z patosem ubogo zrymował kloc.
- Co? - myśl moja cokolwiek zaskoczona jakoś nie napotkała zrozumienia.
- Ślepego mnie stworzyłeś, to nie widzę gdzie staję. Żeś niewydarzone beztalencie, wredny i złośliwy leworęczny z każdej strony, to i dobrze ci tak.
- Eee, ee, ee. Fikasz kiju pokręcony!? - wyrwałem siekierkę wbitą w pieniek.
Cylindrowaty przez chwilę kręcił nosem na zbyt małe siły zgromadzone w odwodzie.
- Mówię tylko, żem ślepy. Po co zaraz ciosać, rąbać, wiórami się otaczać. - mruknął zrezygnowany i spróbował się rozpłakać. Jak łatwo się domyśleć to się nie mogło udać. Oczu też nie miał. W końcu wydmuchał nos i wydął usta.
Spojrzałem łagodniej. Delikatnie wbiłem siekierkę, z rozmachem, z powrotem w pieniek.
Fakt. Nie dokończyłem, hm, dzieła, a się czepiam. Ma prawo próchniak jeden być sfrustrowany.
Co prawda, zmysłów kilka posiada. Nos jest? Kichawa jak trzeba. Węch to jeden z pięciu podstawowych zmysłów. Ma on ogromny wpływ na codzienne samopoczucie i funkcjonowanie. Osoby, które cierpią na zaburzenia powonienia, mają wrażenie wyobcowania. Odczuwają także mniej emocji związanych z tym, co dzieje się wokół nich. W skrajnych wypadkach może dojść do depresji. Woń, którą czujemy, mocno oddziałuje na naszą pamięć długotrwałą. Uruchamia ją i wiąże z konkretnymi uczuciami lub emocjami. Mózg jest w stanie zapamiętać około dziesięciu tysięcy różnych zapachów. Nawet drewniany mózg.
Uszy też ma. Natrudziłem się, wyszło jak wyszło ale są. Jak wiem z doświadczenia wyraźnie słyszy. Szczególnie wyzwiska.
Zmysł smaku również działa nie najgorzej. Słodko kwaśny smak życia. Gorzki smak porażki. Posmak niedosytu. Absmak. Studiując miny drewniaka doszedłem do wniosku iż zna to wszystko i wnoszę, że o wiele więcej. Smak umami może się jawić nieokreślonym. Choć biorąc pod uwagę jego złowrogo brzmiące pogróżki podejrzewam, iż smak mięsa może być mu jednak znany. Jedyny brakujący, to słony smak łez. Mój złośliwy rechot długo wracał echem z pobliskiego bagienka.
Uspokoiwszy przeponę chwilę poświęciłem zmysłowi dotyku. Pomijając odkrywczy dotyk dłoni, to jednak całym sztywnym cielskiem odczuwał. Co? Nie chciałem się nawet domyślać. Wiecie, zły dotyk i te sprawy.
Podsumowując, już może nieźle obwąchać i coś powiedzieć, choć jeszcze nie widzi. Musi to mocno utrudniać weryfikację płynących sygnałów.
Ja natomiast wyraźnie czułem. Ocena nie pozostawiała złudzeń. Kolano napuchło i nabrawszy jesiennej wilgoci zaczęło jakby rdzewieć. Chcąc bezpiecznie powrócić na Chatę przed zmierzchem musiałem natychmiast wyruszyć.
Cylindrowaty kiwał tylko potakująco głową na te moje przemyślenia. Jeszcze raz ponarzekał na brak oczu, chlipiąc pociągnął nosem i powiedział, że jak nie mam ochoty dłubać to mogę się wynosić, bo przeszkadzam w kontemplowaniu rzeczywistości.
Ot i tyle.
Poszedłem przez wiatr i deszcz.
Foch.

PSU NA BUDĘ
Kolano pulsowało, puchło i zmieniało kolory. Nie dawało się zapomnieć. Chcąc, nie chcąc często myślałem o spotkaniu Szopobylca W Cylindrze podczas mojej ostatniej podróży do Szopy zwanej też Shedlandem. Dokładniej, to myślałem o jego oczach i związanej z nimi frustracji. Usłyszy, obwącha, siedzi i kombinuje jak to może wyglądać. Martwiło mnie, iż może mieć wypaczony obraz kontemplowanej rzeczywistości. Coś nieźle pachnie ale nijak dźwięczy albo odwrotnie. Nawet jak się zgra jedno z drugim, źle lub dobrze pojęte, to nie wiadomo, może nijak wyglądać. Jak nie wiadomo co, na ten przykład. O! Jedno jest pewne - wszystko wygląda jak nie wiadomo co. Tak, raczej nie wygląda jak wiadomo co, bo niewidomo. Tak czy siak postanowiłem pomóc. Bo żal drewniaka.
W tym celu udałem się do mojego starego przyjaciela Zenona, okologa sławy podwórkowej z myślą nakłonienia go do długiej, wyczerpującej i niebezpiecznej podróży. Shedland co prawda po rewolucyjnej reformie pod kryptonimem "Shed light" brawurowo i nie bez oporu przeprowadzonej przez Szopobylca W Trampku, stał się miejscem jako tako cywilizowanym. Niestety tereny dzielące tę krainę i Chatę nadal były, delikatnie mówiąc, dzikie i częściowo nieodkryte. Wiązało się to często z nieprzyjemnościami potknięcia, poślizgnięcia, nie daj Boże upadku niekontrolowanego z potrzebą nagłego przeklęcia wręcz niewymownego i siarczystego spluwania. Mogło to być powodem odmowy, gdyż jak ogólnie wiadomo mój serdeczny przyjaciel i ceniony członek społeczeństwa Chaty klął siarczyście i pluł niewymownie. Z zasady. Niemniej po trzech wizytach soczyście zakrapianych i po trzymiesięcznym, telegraficznym nękaniu, w trzeciej minucie kolejnej długiej opowieści o smutnym i na wzroku okaleczonym umysłowo drewniaku, obtarłszy nos, zgodził się zalany łzami.
Po rzetelnym treningu kondycyjnym lekko chwiejnym krokiem wyruszyliśmy w daleką podróż. W najbardziej nieznanych i niebezpiecznych okolicach okadzając się dymem tytoniowym, po niezliczonych przygodach, które opisze inną razą, ledwie żywi dotarliśmy do Szopy.
Po nieco męczącym, krótkim odpoczynku Zenon z wyraźnym niesmakiem przeprowadził wywiad środowiskowy. Mruknął coś pod nosem i wsadził duży dębowy pobijak za pas. Zakasał nogawki, z cicha hałasując podkradł się do zamyślonego Szopobylca i szerokim gestem spuścił pobijakiem anestezję na jego równo rzeźbioną potylicę. Znieczulica szybko opanowała drewniane ciało.
Uzyskawszy zgodę pacjenta okolog rozłożył narzędzia i niezwłocznie zdezynfekował otwór gębowy. Wiadomo higiena przede wszystkim - pomyślałem z respektem i poszedłem w ślady mistrza. Splunął niewymownie, przygryzł wargę i zaczął instruować. Słuchając jednym uchem albo brzuchem zagłębiłem dłuto czółenkowe w oczodole drewniaka. Tak oto, przy całkowitej zgodzie pacjenta i aprobacie szanowanych obywateli tej cudnej i chłodnej krainy, rozpoczęła się wielogodzinna operacja uwzroczenia. Po wielu konsultacjach, perturbacjach mało medycznych, gdzie nie raz siekiera wskazywała kierunki ułożenia naszych nerwów, po wyczerpaniu zasobu słów niewybrednych i gdy już się wydawało, że zabraknie środków dezynfekujących, co groziło przerwaniem całego przedsięwzięcia, operacja zakończyła się pełnym wątpliwości sukcesem.
Okolog padając na ryj udał się na zasłużony odpoczynek. Ja natomiast przystąpiłem do wybudzania pacjenta ze śpiączki pobijakologicznej. Okadzając drewniaka dymem tytoniowym zakradłem się en face i delikatnym szturnięciem tęgiego kija przywaliłem go w czoło. Podparłem się kołkiem i z zaciekawieniem patrzyłem tępym wzrokiem na twarz budzącego się Szopobylca.
Nieco skołowany drewniak poruszył cylindrem, zastrzygł uszami, rozwierając nozdrza wciągnął głęboko powietrze, mruknął i splunął. Po czym zatrzepotał powiekami, przewrócił gałkami i rozejrzał się wokół. Znów splunął, tak jakby bardziej siarczyście, szpetnie zaklął wielokrotnie i skupił wzrok na mnie. Ja rozparty dumą oczami wyobraźni już widziałem podziękowania, medale, honorowe obywatelstwo i takie tam. Na moją gębę wylazł i siadł okrakiem głupkowaty uśmiech.
- Czego zęby suszy pokraczne stworzenie? - przecedził przez zaciśnięte usta Szopobylec W Cylindrze.
- No... - z przejęcia nie wiedziałem od czego zacząć - Znaczy, ten, no, oczy ci zrobiliśmy, co byś...
- Kij ci w otwór szkorbuci pomiocie. Zabieraj szmatławe cielsko znachora i wypierrr... - na koniec niezdrowo zabulgotało mu w gardle. Odchrząknął i złożył plwocinę dziękczynną u mych stóp.
Nie zwykłem prowadzić dyskursu z chamstwem. Tyle poświęceń, niedocenionego altruizmu, poniesionych kosztów, drogich tytoniowych tutek i przelanego dezynfektyku psu na budę. Bo na to się nadaje drewniak jeden. Foch. Załadowałem Zenona na plecy i nie zważając na późną porę, i śmiertelne niebezpieczeństwa wyruszyłem w podróż powrotną, którą być może Wam kiedyś opiszę.
RACJA STANU
Niespodziewanie spotkałem imć Kiciuchę, znajomą podróży dalszych.
Otoż, negocjując udrożnienie kanałów grzewczych Piecarnia–Chata spotkałem Kiciuchę czającą się w kuluarach. Mając trochę czasu i sympatii do siebie zaprosiłem ją na lancz. Po oficjalnych, nic nie znaczących rozmowach, poprzez wspomnienia przeszliśmy do luźnej kombinacji co by tu, jak i gdzie zrobić jeszcze lepiej sobie w życiu.
Kocimiętka przepita szklanką mleka niezwykle rozluźniła sierściucha. Wsłuchując się w jej pomruki dowiedziałem się, iż Shedland trawią niepokoje społeczno-polityczne. Szopobylec w Cylindrze po uwzrocznieniu przejął finanse krainy. Po krótkiej walce politycznej z Trampkowatym, pod pretekstem społecznego audytu przejął i ukrył księgi, a wraz z nimi przejął realną kontrolę budżetu Szopolandu. Mocno krytykując poprzednie, jakoby to nielegalnie wybrane władze, zyskał spore poparcie społeczne i małymi krokami zaczął podporządkowywać newralgiczne resorty krainy. Przysłuchując się tym rewelacjom zastanawiałem się czy działając na rzecz Cylindrowatego nie przyczyniłem się mimowolnie do tej sytuacji. Szczególnie przeprowadzona brawurowo operacja uwzrocznienia. Niestety, obowiązki negocjatora przerwały nam, jakże miłe skądinąd, pogaduszki. Wyściskałem Kiciuchę i powróciłem do Piecarni gdzie sadząc gęste macie z mozołem pchałem ciężki wóz negocjacji. Dążąc do kompromisu w sprawie grzewczej zapomniałem o niepokojach w Szopolandzie.
Parę dni później temat Cylindrowatego nieoczekiwanie powrócił. Kiciuchą znowuż.
Pewnego dnia, późnym wieczorem, rozglądając się konspiracyjnie zakradła się do mnie Kiciucha. Wielce ucieszony zarządziłem huczną wieczerzę. Jednak sierściuch tylko prychnął niecierpliwie, nerwowo odciągnął mnie na bok i prawie niedosłyszalnie zaczął szeptać. Ki za diabeł – pomyślałem.
Okazało się, że Kiciucha przybywa z misją od Cylindrowatego. W związku z tym on mnie przeprasza za ostatnie słowa i czyny. Niby w szoku był, pod znieczuleniem jeszcze i ogólnie do drewnianej, kanciastej dupy to wszystko wyszło. Bo nie chciał i głupio mu. Przechodząc do meritum, z grubsza chodzi o to, że drewniak włodarzy już całą gębą i chciałby być wszędzie, a nogi brak. Trampkowaty ma i to obutą. No i wyprzedza go w działaniach, a przecież w opozycji zdrajca jeden jest. I tak nie może być, że bez nogi. Noga musi być. Do tego jeszcze jakiś garnitur lub chociaż koszula porządna i spodnie z górnej półki. O trzewiku nie zapominając. Jest to sprawa bezpieczeństwa narodowego, można rzec, racja stanu.
- Wiadomo też, że ty chirurgów znasz i to zagranicznych, znaczy dobrych, no więc teges, wiesz. - skończyła Kiciucha na bezdechu.
- No, no, no – mruknąłem i dumałem w ciszy. No i co z nim zrobić, hm? W końcu to moje dziecko, poniekąd. Stworzyłem drewniaka.
- Jaka odpowiedź, bo muszę już znikać? – po minucie, kotka czujnie rozglądając się, nastawiła ucha.
Jeśli dorobię mu tę nogę, to czy nie przyczynię się do zaognienia sytuacji? Weźmie i nakopie komuś do dupy na ten przykład albo komu drugiemu podstawi z wysiłkiem wystruganego koślawca i będzie, normalnie jak kij w szprychy. Przecież to może być skandal dyplomatyczny, wojna domowa, a może nawet nogoczyny mogą wyjść za próg. Różnie może być, to nie są łatwe rzeczy. Wymknie się taka noga spod kontroli, powędruje samopas w świat i kto ją potem dogoni. Najlepiej jak nogi są dwie, to jedna drugiej pilnuje, stabilniej się stoi. Jedna jest nieodpowiedzialna, może pójść gdzie chce. I ta noga ma władzę. A władza deprawuje. Jak będzie chodzić gdzie chce, to będzie ona, ta władza znaczy się, absolutna. A władza absolutna deprawuje absolutnie jako rzekł pewien filozof. Historia wykazuje, że trzeba ze słowami lorda Johna Actona się zgodzić. Po takiej nodze, autokratycznie rozwydrzonej jak chuligan, ukochany synek tatusia, trzeba długo sprzątać, a to nie są tanie rzeczy. Pomocy prosić trzeba, kredyty zaciągać, obligacje wypuszczać. To niekoniecznie może się udać. I znowu, niesnaski, strajki, zamieszki, rozruchy może nawet. Trupem może sypnąć tu i ówdzie. No, sytuacja nie do pozazdroszczenia. Z tych do kanciastej drewnianej dupy bardziej. Czy ja jestem w dobrym miejscu i o dobrym czasie? Krócej mówiąc: nie wiem czy mam odpowiednie kwalifikacje i narzędzia. Na pewno mam wątpliwości czy mam odwagę wziąć na siebie odpowiedzialność. Za nogę, za drewniaka, za szopę, za naród, za świat w końcu! Zwątpienie oblepiło mnie niczym gęsta jesienna mgła lub inne... dobra, nie idźmy w tę śmierdzącą stronę. Muszę to jeszcze głęboko przemyśleć.
- No, więc jak? - Kiciucha bawiła się kłębkiem nerwów. - Pomożesz mu czy nie? Ważna sprawa. Szybka odpowiedź. Nie naciskam ale wiesz… Tak? Zrobisz jak zechcesz ale… To, co? Tak?
- Muszę to przemyśleć. Za parę dni dam odpowiedź – powiedziałem powoli, szukając w myślach bardziej dyplomatycznych słów.
- Ale wiesz, on czeka. Liczy na ciebie. Jest w potrzebie. Noga ważna rzecz. - kłębek nerwów był już mocno nadszarpnięty.
- Powiedziałem. Za parę dni.
- Ale…
Nie wytrzymałem.
- Dobra, mam dość. Foch.
Zostawiwszy Kiciuchę z ledwo żyjącym kłębkiem nerwów poszedłem hucznie wieczerzać.

ZEUSIE DREWNIANY
Stało się. Po niedługich perturbacjach myślowych postanowiłem pomóc Szopobylcowi w Cylindrze. Odnowiłem parę znajomości gdyż nie umiałem rekonstruować kończyn czy też szyć ubrań i butów. Zebrawszy, za srebrne dudki w dużych ilościach, odpowiednią wiedzę, zaliczywszy kilka niezbędnych kursów teoretycznych i praktycznych zaopatrzyłem się w odpowiednie narzędzia oraz materiały. Wybrałem nie za duży kuferek podróżny, nawrzucałem mu ile wlezie i wyruszyłem w podróż.
Zasłuchany w pogwizdywanie kosa i nawoływania kruków zbierających się na żer znudzony przedzierałem się przez brak chaszczy. Lekko już utrudzony wychynąłem na wydeptaną, znajomą ścieżkę prowadzącą prosto przez zakręty do Szopy. Rzuciłem okuty kuferek z rozmachem w trawę i przysiadłem na dużym, opatulonym w porosty kamieniu. Przymknąłem oczy . Oddychałem równo i głęboko chcąc pozbyć się znużenia. Słońce dobrotliwie spoglądało, a lekki wietrzyk delikatnie czesał moją łysinę. W idealnie zsynchronizowane z tą sielanką dźwięki natury lekkim krokiem w trawie zakradł się dysonans. Otworzyłem oczy i ujrzałem starszą, przygarbioną kobietę w kwiecistej chuście na głowie. Coś nucąc, a może po prostu mamrocząc, niosła kosz pełen różnych roślin. Warzyw, ziół? Patrząc pod słońce nie mogłem dostrzec szczegółów.
- Dzień dobry - jako dobrze wychowany chłopczyk przywitałem się grzecznie.
- Priwit - akcent wskazywał, że jest ona na pewno ze wschodniego pogranicza naszych krain.
- Słońce piękne, prawda? Złota, ciepła jesień, tylko się radować.
- Prawda. Baczu, palcy boliat?
- Nie babciu, skądże znowu? Palce sprawne - podniosłem dłonie i szybko kilka razy zacisnąłem pięści, na koniec palcami zatrzepotawszy jak panna rzęsami - Stawy jeszcze młode, nie kręcą.
- Budut, darmo kłute boliat budut. Za dwa poworoty na waszom szlachu, za chrestom, babki liścia narwie. Na palcy niekhaj opatuli. Nie zabudź, liścia niekhaj narwie. Za chrestom. Nu, z bogom.
Długo patrzyłem za truchtającą, przygarbioną, coś mruczącą pod nosem kobietą. Dziwna jakaś, dobrze życzyła ale dziwna jakaś taka. I ten wyświechtany, prawdopodobnie kiedyś, w lepszych czasach czerwony bucik dyndający na sznurku uczepionym w talii. Dziwna ona jakaś taka. No, nie pasowała mi do niczego. Naprędce wyciągnąłem drogocenną tytoniową tutkę, zakupioną onegdaj od czarodzieja dymu Philipa Morissa. Odpaliłem i wypuściłem dym w górę, dół i dookoła siebie, obracając się szybko na pięcie. Rytuał powtórzyłem trzykrotnie.
- Szelki na wypadek - wymruczałem starodawne zaklęcie. Lepiej odczynić niż żałować poniewczasie musztardy po obiedzie.
Za drugim zakrętem zatrzymałem się na kolejny odpoczynek. Kuferek, psia mać! Twardy i kwadratowy, z każdej strony ciężki, kuty na cztery rogi. Rzuciłem go z rozmachem w pobliżu krzyża wyrastającego z wysokich traw. Splunąłem siarczyście i obficie na co miejscowy ślimak schował się szybko do domu przed nawałnicą. Pogody nie przewidzisz - pomyślałem. Odpoczywając obserwowałem mięczaka pełznącego w okoliczne poletko nad wyraz wyrośniętej babki zwyczajnej. Pomny słów starowinki napotkanej przy pierwszym postoju, urwałem kilkanaście dużych liści i wsunąłem za pazuchę. Co mi szkodzi. A co jeśli... są rzeczy, które nie śnią się fizolofom? Palce nie bolą co prawda ale jak złapie sraczka, to będzie jak znalazł. Rozbawiony rzadko spotykaną wizją znowu podjąłem trud dźwigania kuferka.
Bez przeszkód już dotarłem do Szopy, gdzie zostałem przyjęty oficjalnie i chłodno. Niemniej grzecznie i z należytym szacunkiem. Po dokładnej rewizji głęboko osobistej i wytrzepaniu karaluchów z kuferka pod silną eskortą sotni straszaków odprowadzono mnie przed oblicze mającego nadzieję być wszechwładcą wszechrzeczy.
Nie zwlekając rozłożyłem narzędzia i delikatnie acz zdecydowanie zadałem narkozę. Po wielogodzinnej operacji z obiadową przerwą na stek przekleństw tudzież łyk wody uczyniłem drewniakowi całkiem zgrabną nogę.
Oczekując na wybudzenie pacjenta rozwinąłem jedwabie i szlachetnie garbowaną korą wierzby skórę. Pobrałem miarę, rozrysowałem kształty i wykroiłem części ubrań. Z butem miałem trochę kłopotu ale jakoś rozchodziłem czule łechtany językiem. Kalecząc palce wstępnie zszyłem szaty króla, który spał obok nagi. Tymczasem Cylindrowaty się wybudził i mogłem przymierzyć oraz poprawić fastrygi.
Wielce zadowolony z osiągniętych efektów wyssałem krew z pokłutych palców i postawiłem przed delikwentem lustro.
No, i zaczęło się. Noga krótka i spuchnięta, i daleko na niej nie zajdzie. Kołnierzyk w szyję pije, materiał niedelikatny jakiś. Spodnie workowate, normalnie pumpy jutowe proletariackie bez lampasów, po prostu nogawce sznytu pańskiego brak i tkanina włochata jak dupa niedźwiedzia. Trzewik ciśnie, no, przecież już odciski porobił. Wstyd, po prostu wstyd ludowi się pokazać. I że mam iść won, a bez tekstyliów najwyższej próby i skóry italiańskiej mam mu się na oczy nie pokazywać.
Zeusie drewniany! Co mnie podkusiło żeby mu te gały wystrugać? No? Na co mi to było? Noż, ty kiju sękaty a pokręcony.
Foch.
Pod osłoną ciemnej, bezksiężycowej nocy, owijając bolące, darmo kłute palce w liście babki i omijając rozsierdzone wstydem władcy patrole straży, narażając się na gwałty i śmierć wielokrotną, udałem się do Chaty.

MGŁA
Lecząc palce zaskakująco skuteczną babką zwyczajną i gorącą herbatą z rumem kląłem się na dawno rozwiane prochy prakarczy Cylindrowatego, że stopa moja jeśli kiedykolwiek postanie w okolicy tego próchniaka, to na pewno kopa mu zasadzi. I będzie to, zaiste powiadam wam, kop jeśli nie doktorski habilitowany, to chociaż magisterski. Taki z papierami znaczy się. Taki co to tkanka twarda zmienia się natychmiastowo w miąższ, a zgroza pada na wsie i miasteczka. Krowy mleko przestają dawać, źrebaki dwugłowe się rodzą, zboża więdną i świnie wyją do księżyca. Złe z lasu wychodzi i strwożone masy ideologią dżendera albo, i nie daj boże, elgiebetyzmem zaraża. Masssakraaa.
Wszystko to fajnie, elegancko i jak należy, tylko to poczucie obowiązku. Jak się zaczęło, to trzeba skończyć. Przynajmniej spróbować. Doszedłszy do tej jakże odkrywczej konkluzji zebrałem się w sobie i krok po kroku zmierzyłem się z tematem.
Dzień pierwszy. Po raz kolejny wydając ciężkie srebrne dudki zanabyłem drogą kupna najlepsze z najmodniejszych materiałów. Zobaczywszy pustkę sakwy mojej popadłem w depresję przerywaną stanami lękowymi. Na granicy wyczerpania umysłowego i fizycznego odnalazłem dawno zapomnianą flaszkę syropu na ową przypadłość. Odpaliłem tutkę od Morrisa. Okadziłem ubrania i pomieszczenia.
- No, to po szklanie i na rusztowanie - w histerii zakrzyknąłem starosłowiańską formułę odczyniającą urok pustej sakwy i trzęsącą się ręką wychyliłem odtrutkę na bezdechu. Niedługo potem czkając złowrogo popadłem w ozdrowieńczy sen.
Dzień drugi. Korzystając z miar pobranych poprzednim pobytem w Szopolandii uszyłem, jak tylko umiałem najlepiej, szykowne ubrania. Odnowiły mi się przy tym rany kłute palców więc z braku babki, nie żałując na swoim zdrowiu, suto dezynfekowałem rumem doustnie. Łatwo się domyślić, że szło jak po wódzie. Jak krew z nosa i po maluchu niespiesznie bardzo.
Dzień trzeci. Rankiem, z jakże jasnym umysłem, udałem się do zaprzyjaźnionego szewca. Ten zaś przepłukawszy szydło, profesjonalnie klnąc przerobił drogie skóry na ekskluzywny trzewik. Wyraźnie ukontentowany, z błyskiem w oku, postawił go na stole. Był taki piękny. Taki smukły, nowonarodzony, lśniący oksford bez pary. Patrzał na nas z bezgraniczną miłością i ufnością. My oniemieli cudem stworzenia odnaleźliśmy swoje ręce i w emocjach zacisnąłem palce na spoconej, oślizłej dłoni szewca. Cudowna chwila mogłaby trwać wieczność ale młodemu się pić zachciało. Aż język wystawił. Tak nas rozczulił, że chcąc nie chcąc szewc, zaklął tylko i spod zydla księżycówy pół basa wyciągnął. No, nie można pozwolić, żeby taki ładny bucik się rozsechł. Bucik mały ale chłonny był i wyssał rzemieślnika z jeszcze jednej butli. Dobrze, że nie z cyca - pomyślałem tuląc się do szorstkiego, wełnianego swetra ojca butów wielu.
Dzień czwarty. Otworzyły się bramy piekieł i dzieło się dokonało. Kac. Gigant. Ciekawe skąd? Nie dałem rady rozkminić. Może kaszanka na zagrychę czarną juchę miała. Atoli to wiadomo z kogo szewce krew spuszczają? Nie mogąc nijak rozgryźć kwestii wbiłem klina, a drugim poprawiłem. Przez chwilę było lepiej i zrodziła się nadzieja lepszego dnia. Niestety pogieło, pozamiatało i nie wiadomo kiedy i jak wylądowałem na złomie.
Dzień piąty. Minął na wodnych kąpielach zewnętrznych i wewnętrznych, bo z wierzchu poty wyłaziły, a w środku paliło suchością straszliwą. Okowita szewca, skądinąd zacna, musiała być zaklęta bom jedzenia nie tykał ani patrzeć na niego nie mogłem. Cholera, odczynić zapomniałem. Durny ja. Jaga uczyła ale kto by tam Baby słuchał.
Dzień szósty. Odnalazłem szurnięty w kąt kufer podróżny. Poprostowałem okucia i nasmarowałem zawiasy gdyż jęk ich bolał mnie strasznie. Spakowałem ubiory, dumę oraz pusty portfel do kufra i wyruszyłem zakończyć sprawę drewniaka zwanego Cylindrowatym.
Po kolejnej nudnej acz wyjątkowej szybkiej podróży, nie wdając się w dyskusje ominąłem szerokim łukiem czające się podstępnie w krużgankach smoltoki. Postraszyłem drewniaka siekierką i z jego pełną aprobatą przymierzyłem ubrania, naniosłem poprawki i napiłem kawki. Operację powtórzyłem siedem razy i jeszcze raz. Natarłem trzewik komarzym sadłem z pierwszego tłoczenia na zimno o północy. Zadałem talk pod kołnierzyk na sztywno krochmalony i rozpyliłem śmierdzidło marki „Wozduch Puszczy”. Splunąłem trzykrotnie przez lewę ramię i rzuciłem szwabskie bodaj zaklęcie - alle szajse. Nie mogąc już nic więcej uczynić upchałem w swoich uszach grube stopery i postawiłem lustro przed drewniakiem.
Szopobylec długo przeglądał się, mrucząc i pochrząkując podnosił brodę wyżej nosa, mało nie gubiąc cylindra przy tym. Po jakiejś pół godzinie zerknął na mnie, na otwarty kufer z pustym portfelem na dnie i kazał napełnić go srebrnymi, trzygroszowymi dudkami po brzegi. Po czym stracił zainteresowanie mną i światem. Wrócił przed lustro i wzrok mu się zaciągnął mgłą samouwielbienia.
No i to by było na tyle. Tak po prostu.
Nawet foch mi nie wyszedł.
Pełen srebra i obaw, odprowadzony pełnym pogardy wzrokiem dworzan, pod sowicie opłaconą ochroną Kiciuchy, udałem się w podróż powrotną.
Dnia siódmego odpoczywałem nafochany.

HAMLET
Odpoczynek jest niezły pod warunkiem, że ma wolną głowę od spraw doczesnych. Nie trzeba chodzić na polowanie bo w brzuchu burczy. Skór garbować ponieważ zimno w dupkę. Sąsiad nie dokucza i skrycie siekierki w szopie nie ostrzy, a jego córka łaskawym okiem spoziera niby to przypadkiem odsłaniając za dużo tu i ówdzie. Słonko przypomina, że jesień może być złota. Kawa intensywniej pachnie i ptaszki cokolwiek ciszej, i melodyjniej śpiewają. Rozmarzyłem się siorbiąc z porcelany i mrużąc oczy delektowałem się igraniem promieni w porannie zroszonym babim lecie.
Sakiewka pełna dudków cieszyła duszę skąpca, a satysfakcja z dobrze wykonanej pracy po całym jestestwie rozlewała się miodem z soczyście rozkwitłych endogennych morfin.
Może by tak na ryby, na grzyby, na lwy by. Wszystko wydawało się być w zasięgu i dobrym pomysłem. Cud, miód, malina i nawet skłute palce mniej bolały. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Bęc! Filiżanka roztrzaskała się o kamienny schodek.
- Ja pergole! - odepchnąłem rozchichotanego chochlika nowoczesnym, lekkim zaklęciem. Poprawiłem szybkim ruchem ręki z zaciśniętą pięścią, w górę, ponad głowę. Magiczne gesty nieodmiennie od wieków wymiernie wspomagały kabalistyczne sentencje. Potwierdzone naukowo z podwójnie oślepioną próbą.
Taaa, wypoczynek dobra rzecz ale ileż można?! Rozumiem - rok, dwa, no, może trzy ale pięć dni?! No, proszę, heloł, trzeba się szanować!
Gdy wydawało się, że umysł już waży depresję mieszając brudną łychą w wielkim dole i sznur jeno pleść, i woskować suto, usłyszałem pukanie.
- Ki za diabeł? - rzuciłem odruchowo i na wszelki wypadek uniosłem dłoń szukając w myśli odpowiedniego gestu i zaklęcia.
Pukanie powtórzyło się. Aaaaa, no tak - listonosz. Tajny, międzynarodowy kod donosicieli. Nawet dzieci wiedzą, że urzędnik poczty zawsze puka dwa razy. Szacun. Ja już nie dam rady, latka lecą. Oby raz. Oby. Tak czy siak, poczekałem aż sobie pójdzie. Jeśli chodzi o męskie sprawy, to wolę przyjaźń niż miłość. Szczególnie tak wcześnie rano.
Odczekawszy odpowiednio długo i jeszcze trochę wyjrzałem przed drzwi frontowe. Dziś za skrzynkę pocztową robiła szczelina w ścianie, w którą wetknięto pomiętą, kiedyś białą kopertę. Z obrzydzeniem okadziłem dymem i ostrożnie otworzyłem.
Wyobraźcie sobie! Zaproszono mnie do teatru. Cylindrowaty osobiście, dnia tego a tego, o godzinie takiej nie innej, w strojach i z kwiatkiem w butonierce, na Hamleta prosi i odmowy nie przyjmuje. Tak, że słomę wytrzepać dokładnie, gumofilcy na goleń wyszorowaną i hajda.
W zasadzie nie powinno mnie to zaskoczyć. W końcu zgrosiłem za jeden z rekwizytów. Nie mniej poczułem się czule połechtany. W napadzie paniki rozejrzałem się, czy aby na pewno listonosz się oddalił był.
Wyznaczonego dnia wyciągnąwszy z kufra futro, w okolice klapy zatknąłem pelargonię i wylizany odpowiednio, zajumanym rowerem bujnąłem się do Shedlandu.
Teatr. Wciągnąłem pełną pierś przesiąkniętego artyzmem, wielkoświatowego, stęchłego powietrza. Świeżutki, pachnący nowymi lamperiami takoż samo pretensjonalnie jak liberie prowincjonalnych służb bezpieczeństwa. Taki, taki... rzekłbym ze wschodnim akcentem - "amerykański". No, prawie Broadway. W błyskach taniego blichtru premierowego sezonu, premierowe przedstawienie z premierem tego całego bałaganu (wliczając w to variete), i to od razu z wysokiego C chociaż przez samo Hamlet. A może aż przez Hamlet.
Nieciekawy obraz dodatkowo psuły wszędzie snujące się straże, służby mundurowe i tajniacy. Częste kontrole dokumentów, rewizje, ciche aresztowania i cały wachlarz autorytarnej władzy.
Antraktem, w przylegającym atelier wystawiono staroszopiańskie rzeźby. Szopollo z Wierzbilo, maski, kadzidła szamańskie i inne spodtoporzyska. Artefaktów nie było za dużo ale jak na stosunkowo młodą cywilizację wystarczająco. Jako jeden z autorów tej dłubaniny poproszony zostałem o przywitanie gości i powiedzenie paru słów.
W przerwie pomiędzy autografami i odpowiadaniem na grandilokwentne pytania podszedł do mnie oficer służb bezpieczeństwa. Ubrany w nienagannie wyprasowany galowy mundur przystanął nieco z boku. Poczekał aż uwolnię się od zapyziałej znawczyni krasnali ogrodowych i grzecznie poprosił o dokumenty.
- Czy my się już nie spotkaliśmy? - zagaił obracając w palcach plastikowy dokument i przyglądając mi się z uwagą.
Jak już o tym wspomniał mnie się też tak wydawało ale nic nie powiedziałem. Tak szelki na wypadek. W państwie policyjnym łatwo zniknąć. Trzeba być ostrożnym.
Niezrażony brakiem mojej reakcji ciągnął jakby od niechcenia.
- Porozmawiał bym z kimś o sztuce, światach, o często spotykanych osobach, o łańcuchach przyczynowo skutkowych. Co pan myśli o teorii strun? - wcale nie czekał na odpowiedź - Z kimś kto mógłby wnieść trochę światła w mroczne korytarze myśli ludzkiej. Wie pan, wschodnia flanka najlepiej się nadaje do rozmów. O tej porze nikogo tam nie ma. Można spokojnie porozmawiać.
Ciągle milczałem próbując mieć obojętną minę. O czym on mówi? Jakie struny, jakie korytarze i o co chodzi z tą sugestią spotkania?!
- Ja osobiście nic do pana nie mam. Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć. Jeśli zacząłem kontrolę, to muszę raportować zwierzchnikom. Ktoś mógłby zapamiętać, zaraportować Cylindrowatemu. Tu nawet lustra mają oczy i uszy. Rozumie pan?
Zapamiętać, raportować? Teraz już wiedziałem skąd go znam. To koleś którego spotkałem jakiś czas temu zwiedzając okolice szopy. Wariat co zniknął. Był wówczas inaczej ubrany, brudny, nieogolony, nieostrzyżony i przygarbiony ale z całą pewnością to był on. Tak, to na pewno ten sam facet. Wtedy też ciągle coś powtarzał. Jak to było? Zapamiętać, raportować, lustro, drewniak.
Jednak nie dałem po sobie poznać i nadal patrzyłem na niego z obojętną miną. Cholera wie, może Cylindrowaty chce mnie się pozbyć? Ubzdurał sobie, że za dużo o nim wiem i zrobi ze mnie terrorystę. Muszę uważać i nie dać się sprowokować.
- No, cóż. Wszystko w porządku. - westchnął i oddał mi dokument - Idę skontrolować wschodnią flankę. Proszę na siebie uważać. Rozumie pan?
Zasalutował i przepraszając osoby zgromadzone wokół ruszył ku wyjściu.
Za nim zdążyłem zastanowić się na zaistniałą sytuacją otoczyła mnie grupa rozszczebiotanych dziewcząt. Odurzony ich młodością, energią i pięknem zapomniałem o dziwnym spotkaniu i całym bożym świecie. Coś tam plotłem, że to pocieszające i budujące, iż pomimo napiętej sytuacji politycznej sztuka jednak się rozwija. Na pokaz ale jednak. Na rozkaz nawet, choć dowodów brak, niemniej Hamletem ciężko wzgardzić. Szopollo może niezbyt klasowy ale proletariat nie narzeka, a żeńska część cmoka na kształtne, potencjalnie silne, pośladki. Niektóre ukradkiem nawet poklepują mrucząc coś przy tym. I dalej, że kultura, oświata, wychowanie młodzieży, praca u podstaw i takie tam pierdoły. Sam nie wiedziałem, że tak potrafię.
A Hamlet? Cóż, kawał dobrej sztuki, tylko kto ją tu zrozumiał? Igrzyska, można rzec, się odbyły. Jaka kraina - takie igrzyska.
A za niewymienienie z imienia autora rekwizytów i rzeźb - FOCH!

KOT, PIES I PRZEWRÓT
Hamlet już wywietrzał. Przesiąknięte artyzmem i zapachem szczurów zatęchłe powietrze teatru również. Myśli wróciły na swoje tory i motywowały mózg do działań bardziej przyziemnych. Jeść coś trzeba, a sztuka choćby nie wiem jak genialna nie napełni żołądka. Chcąc poprawić bilans kaloryczny in plus podjąłem kontynuację pracy zakontraktowanej onegdaj w odległej na jedną staję staropolską krainie.
Niektórzy nazywali ją Dwa Razy Dziennie Mlekiem Płynącą. Inni po prostu oborą ale umówmy się, ci drudzy wykazują dramatycznie niski poziom wyobraźni. Widzą tylko ściany i zwierzęta w środku. Nic więcej. Biedni ludzie, dożywotnio skazani na negatywne skutki niedoboru espritu i empatii. Tego nie wyprostujesz ani nie wystrugasz. Przy takich przemyśleniach minął mi czas oporządku i przysiadłem pod ścianą grzejąc nie najmłodsze kości w porannym słońcu. Lekka, zimna, bagienna bryza przypomniała, że jesień była późna. Liście upstrzyły okoliczne łąki próbując ochronić je przed wychodzącym nocą na spacery przymrozkiem. Nie uda im się, wszystko przemija. Było lato, będzie zima. Ot, taka przypadłość natury zrodzonej na tym globie. Kto wie, może cały wszechświat jest tak skonstruowany. Bo tak i już. Taki organizm. Musimy odkrywać światy, zaobserwować, zbadać i wyciągać wnioski. Dopóki nie otworzymy pudełka, to nie wiemy co w nim jest. Może być wszystko, trochę albo nic. Dopóki zamknięte - jest w nim wszystko. Jest w nim nawet kot. Schrödingera ma się rozumieć.
Chyba przysnąłem bo z durnowatych przemyśleń głośnym mruczeniem wyrwała mnie Kiciucha. Gdy już się wyściskaliśmy i wymruczeliśmy odlałem jej pół basa pełno tłuszczowego z laktozą. Miło było popatrzeć na pełne wdzięczności chłeptanie. Następnie, znalazłszy dobrze nasłonecznione i zaciszne miejsce, przeszliśmy w stan po spożyciu. Pobekując, pomrukując oblizywaliśmy gęby i łapy. Do końca nie wiadomo kto, komu i co. Stan wskazujący ma swoje prawa. W tym dobrostanie język Kiciuchy się rozwiązał .
Otóż, dowiedziałem się z przykrością, że sierściuch musiał w pośpiechu opuścić Shedland. Sytuacja polityczna stała się nie do przyjęcia. Podsłuchy, donosy, pokazowe procesy, spiski, ogólnie cały wachlarz kompleksów władzy autorytarnej uczyniły życie w tej krainie nieznośnym. Gdy Cylindrowaty zezwolił, oczywiście dla dobra ludu, wpuścić do Szopy jednopsi oddział Czako, miarka się przebrała. Kiciucha naprędce spakowała co się da. Zebrała dzieci, pchły i inne gadżety, i czmychnęła pod osłoną nocy.
Życie na emigracji dało w kość. Odrzucenia, wyobcowanie, zmiany miejsc, w końcu depresja i mlekoholizm. Po kolejnej ucieczce od problemów osiadła w krainie Dwa Razy Dziennie Mlekiem Płynącej. Przeszła terapię, ułożyła sobie życie i mysią dietę. Umiarkowanie popija mlekiem, nie narzeka, radzi sobie jak może, grono dzieci, wnuków i prawnuków rośnie. Co jakiś czas spotyka się z Kocurro i rozwiązują wspólnie problem narastającego okresowo napięcia. Stabilizacja życia sprzyjała myśli o przejściu na emeryturę.
Rozstając się prosiła mnie abym spotkawszy Czako, tudzież Cylindrowatego, palnął ich lekko, kijem zza ucha, w jakieś miękkie, a bolące jak cholera miejsce. Doradzała siekierę lub młotek ale nie nalegała. Kij sękaty wystarczy.
- Nie zapomnij. Zza ucha. Sękaty. Dzięki. - Wyprężyła się, podniosła ogon i zniknęła za rogiem.
Ja też się wyprężyłem, podniosłem... się i spacerkiem ruszyłem z kopyta do Chaty. Rozbawiony wpadłem w dobry humor i kałużę.
- Mokra Twoja Nać! - zakląłem szpetnie.
Z każdym krokiem coraz zimniej chlupiąc w bucie podjąłem z pozycji samca alfa decyzję delikatnej rozmowy z Czako.
Czako - niezależny, samobieżny oddział szybkiego oszczekania powołany w celu obrony Chaty. Bardzo szybko opanował siedzibę, jak i okolice bliższe, i dalsze, aż do granic nerwów. Na zaproszenie Głównego Szopobylca przejął kontrolę nad wejściem granicznym do Shedlandu. Oznaczył teren i skutecznie zastopował podjazdy księcia Waleriana zakradającego się po drogocenne tutki tytoniowe. Uciszył i poskromił rozsierdzonych kurierów spod przeróżnych chorągwi. Ogólnie pożyteczny, choć jazgotliwy ale pogadać musiałem. Dla zasady. W końcu kto tu rządzi i dlaczego to nie ja.
Zanim podjąłem jakiekolwiek działania zostałem zaskoczony prośbą Cylindrowatego o azyl oraz przejęciem władzy w Shedlandzie. Młody Be Smark, niedawno polecony przeze mnie na stanowisko komendanta Straszaków, przejął władzę.
Niepodzielnie, smark jeden.
FOCH !
PAN TĘGI I BAGNO GRATIS
Zanim Be Smark wystąpił o ekstradycję Cylindrowatego, jeszcze noty dyplomatyczne nie zdążyły znaleźć papieru i stenotypistki, a tu chłystek zwany Diabłem Podlaskim, otuliwszy się ciemną nocą, podstępnie spiwszy Straszaków bimbrem spod Hajnówki, przewrócił smarkowe rządy. Rządy owe nie zdążyły jeszcze na dobre się obalić, a nowy włodarz zgromadził liczne siły Straszaków na południowo-zachodnich rubieżach Szopolandii. W odpowiedzi wierny Chacie jedno psi oddział Czako wyszczerzył z Piecarni w stronę nieprzyjaciela baterię kłów i ostrzegawczo wypalił w powietrze z broni fonicznej.
Kruchy pokój pomiędzy krainami zawisł na cienkim płotku uznanym za linię demarkacyjną.
Wydawało się już, że wojna jest nieunikniona, gdy kolejnej nocy przybył nieoczekiwany, groźny rozjemca. Wszyscy czuli respekt i drżeli na samą myśl o nim. Wiedzieli, że niedocenienie go może grozić utratą członków, a nawet życia. Do rana zdążył zgromadzić wojska w sile minus 22 stopnie Celsjusza i wiele wskazywało, że to nie wszystko. Nadciągał Tęgi Mróz. Całą okolice zmroziło.
Czako wycofał się w głąb Piecarni. Straszaki zastygły i straciły zainteresowanie bójkami. Nawet ptaszkowie, zawsze mający coś do powiedzenia, umilkli. Drzewa i krzewy zebrały całą dostępną wilgoć wokół siebie i opatuliły się w białe, puszyste futra. Na przejściu granicznym do Piecarni zauważono ubrane na biało oddziały zwiadowcze. Służby graniczne donosiły o złowrogich podmuchach. Mieszkańcy Chaty zaczęli przebąkiwać coś o karze za grzechy i nadstawiali ucha czy aby drewniane palisady nie zaczęły pękać.
Sytuacja ewidentnie wymagała interwencji władz. Wydawszy uspokajające komunikaty zacząłem wdrażać plan wcześniej opracowany na taką sytuację. Wydobyłem zakupioną za ciężkie dudki od wschodnich kopaczy czarną kamienną amunicję anty mrozową. Nabiłem piec do pełna i odpaliłem lont po czym z hardą miną wychynąłem zza drzwi aby spojrzeć Tęgiemu w twarz.
Znienacka zostałem oślepiony dużej siły błyskiem sopla. Zamroczony nagłym atakiem schowałem się za podwójną warstwą kurtki na ocieplaczu i w rewanżu splunąłem siarczyście zabarwioną na czarno górniczą plwociną. Wyraźnie nie przygotowany na taką odpowiedź Mróz wycofał się na bezpieczną odległość i przyglądał mi się nienawistnie. Oceniał jakość mojej obrony. Liznął z niesmakiem ciepłe buty, poszczypał ocieplane spodnie, skrzywił się na podwójną gardę kurtki na ocieplaczu i lekkim skrzypnięciem docenił dobrze przylegający kaptur. Otoczyli go kordonem ochronnym żołnierze oddziału specjalnego. Prawie niewidoczni w białych uniformach stroili groźne miny i mierzyli soplami prosto w moją głowę. Jednego z nich rozpoznałem. To był oficer służb kontrolujących teatr podczas niedawnego przedstawienia. Na pewno, choć udawał, że mnie nie zna. Ciekawe. Bardzo ciekawe.
- Ok. Tu Cię nie ruszę - przecedził trzaskającym głosem, po czym zerknął na tlący się lont w piecu i skonfrontował to z wiedzą płynącą z zaczernionej plwociny leżącej u jego stóp - Muszę przyznać jesteś solidnie przygotowany. Wiedz jednakowoż, że będę uważnie obserwować i wykorzystam każde twoje potknięcie aby cię dopaść.
Kątem oka dostrzegłem uspokajające gęsty groźnego specjalsa. Co jest? Niby nie zna, a próbuje uspokajać. Coraz bardziej intrygujące ale musiałem zająć się Mrozem.
- Wiem, że żywisz do mnie, jak i do wszystkich zimne uczucie ale chciałbym ci zaproponować tymczasowy kompromis - rzekłem pewnym głosem, choć na wszelki wypadek wypuściłem kłąb maskującej pary.
- Szeszeszesze , składasz się w 70 procentach z wody i śmiesz mi się przeciwstawiać. Szeszeszesze, Szeszeszesze...
Przerwałem mu bez żenady ten radosny wybuch.
- Dobrze wiesz, że z Wiosną przeżyłem już 52 przygody więc sądzę, iż nie odmówi mi jeszcze jednej.
Tęgi, jak małe dziecko zaczął bujać dupką i nakręcać loczek na palec wskazujący. W końcu obtarł nos wierzchem dłoni.
- Dooobrze. Mów co to za kopro..., kompo... , kormo...
- Kompromis - podpowiedziałem.
- Właśnie. Wyłuszczaj.
-Krótko. Nie wchodzisz do Chaty. Nie nękasz mieszkańców. Nie zjadasz samochodowych baterii nocą. Nie blokujesz rur z wodą. Oszczędzisz drzewka owocowe i zwierzaki zaprzyjaźnione. Zastopujesz podjazdy Straszaków. W zamian cała reszta twoja, a sadzawkę możesz aż do dna skuć.
- Do dna powiadasz. Nieźle, nieźle. Dorzuć jeszcze bagniszcze.
-Dobra, jeszcze bagienko ale przy źródełku zostaw. Niech zwierzaki mają co pić - odrzekłem po zastanowieniu.
- A jak nie, to co?
Wyciągnąłem telefon i zacząłem wybierać numer.
- Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty... - zanuciłem z cicha.
- Dobrze, dobrze. Masz to. Po co zaraz Wiosence ciepłą, zieloną główkę zawracać.
Tęgi Mróz strzelił focha i odpełzł powoli w kierunku sadzawki.

BRAT NIEWCHŁONIĘTY
Ostatnie wydarzenia, które o mało nie skończyły się wielką wojną prawie ojczyźnianą, nieoczekiwanie przerwaną najazdem Pana Tęgiego, przypomniały mi zdarzenie wcześniejsze. Chcąc je opisać muszę się cofnąć pamięcią do podróży, która zaciążyła wspomnianym napięciem granicznym, prawie tragicznym w skutkach.
Bawiąc incognito oraz hucznie w Szopolandii, jako mało znany, sławiony w legendach, skrobacz drewnianych kłód obrzękniętych, zostałem poproszony o interwencję. Po krótkim targu o zapłatę zupełnie dobroczynnie wziąłem udział w niecodziennym zdarzeniu.
Okazano mi część topoli, z dużą domieszką brzozy po kądzieli, którą przenosiłem ongiś z Przemysławem Pomocnym Bardzo, chroniąc ją przed wielkimi jesiennymi deszczami grożącymi powodzią. Pomijając trudności z tym związane i macie rwane przy tej okazji, podszedłem do sprawy prawie poważnie. Udawszy się we wskazane miejsce ujrzałem kłodę drewna w opłakanym stanie. Źle sezonowana, nie doglądana, zarośnięta pajęczynami i pleśnią, brzemienna w nieokiełznane artystyczne możliwości prawie dogorywała na zmurszałość wstępną powierzchniową. Wzruszony stanem pełnym nadziei, przypadłem na kolano, skądinąd bolące i przyłożyłem dłonie do zbolałego ciała. Poczułem, tak jak się spodziewałem, życie drzemiące w jakże pięknym okrąglaku. Już chciałem działać w kierunku przysporzenia wszystkich możliwych przywilejów danych brzemiennej, gdy moje dłonie wyczuły drżenie, zawarte bardziej w intuicji, niż w empirii. Coraz wyraźniej przebijał się tembr nie jednego, a dwóch żyć w kłodzie dającej nadzieję.
Zaintrygowany kazałem przenieść przyszłą matkę na nasłonecznione miejsce. Wiatr owiał szadź ludzkiego zapomnienia.
Bogaty pająk z oburzeniem otrząsnął resztki snu - foch.
Po czym bez pośpiechu zszedł i wszyscy krewni byli mu wdzięczni. No, i muchy. Też.
Ostukałem, opukałem, odkurzyłem. Gdy pył opadł poniuchałem. Kichnąłem srogo stwierdzając, że zmurszałość z wstępnej i powierzchniowej przechodzi w następny etap, chronicznej, pogłębionej, podsękowej. Groziło to utratą nadziei, do czego nie mogłem i nie chciałem dopuścić. Ściągnąłem ocieplony kubrak i niezwłocznie zabrałem się do roboty. Ustaliwszy konieczność cesarskiego cięcia pośpiesznie zgromadziłem nieodzowne w tej sytuacji narzędzia chirurgiczne. Piła łańcuchowa, przecinarka, rozwieracz w postaci klina zrobionego z głowicy starej siekiery, dłuta i wiele drobniejszych, najpewniej niepotrzebnych pierdół.
Po długim zastanowieniu, z mądrą miną, bezmyślnie wykreśliłem prostopadłe linie cięć. Naostrzyłem i naciągnąłem łańcuch starej, kapryśnej, japońskiej piły. Dolałem paliwa i szarpnąłem za rozrusznik. Obudzona piła rozdarła niemożebnie ryja. Przetarłem okulary i splunąwszy w dłonie, starając się utrzymać zadany kąt, delikatnie acz zdecydowanie zagłębiłem prowadnicę w drewno.
Piła zabrała się do roboty. Rozpaczając, że taka dola i jej mać, a siódmy syn urwał i je banany w pudel golony, wycięła z kłody najpierw małego, a później większego szkraba o diabelsko-tasmańskim wyglądzie.
Tak oto, nie wdając się w makabryczne, ociekające posoką szczegóły, narodził się Diabeł Podlaski oraz jego mały brat Chochlik zwany przez miejscowych Czarcim Pokurczem.
I o ile przyszły przywódca Szopolandii, który to miał doprowadzić do poważnych napięć granicznych, został jako tako zaakceptowany przez tubylców, tak jego pokurczowaty brat bliźniak, moimi nadludzkimi wysiłkami unikając śmierci w płomieniach, został skazany na wygnanie i zapomnienie. Pod osłoną nocy kryjąc go w ramionach, klucząc i wielokrotnie myląc pościg, ledwo żywi dotarliśmy do Chaty, gdzie perorując przed Wielkim Zgromadzeniem Carycy K. udało mi się wyżebrać dla niego azyl. Zajmując jeden z kącików zamieszkał w moim małym, mrocznym pokoiku.
Moje sprawozdanie z tej podróży trafiło do indeksu ksiąg zakazanych Szopolandii. Zostałem odsądzony od czci, wiary i objęty infamią, i proskrypcją, na okres lat pięciu. W przypadku wyższej konieczności podlegający skróceniu do roku lub nawet anulowaniu. Tak na wszelki wypadek, gdyby mnie potrzebowali, skubańce.
Chciałbym tu serdecznie podziękować wielu życzliwym i pomocnym osobom, których dla ich bezpieczeństwa nie wymienię z imienia.
A wszystkim niewdzięcznym, krwiożerczym mieszkańcom Szopy z zapędami kongregacji nauki wiary - wielki foch!

OSOBLIWIE NARKOTYCZNY ZAPACH SOCZYŚCIE KWITNĄCYCH KWIATÓW.
PAMIĘCI KICIUCHY
Wydarzenia ostatnich dni mocno mnie wyczerpały. Fizycznie i psychicznie. Może dlatego mnie ciągnęło w stronę ciepłej pierzyny, a może tęsknota za latem. Spałem więc dużo i długo. Śniłem przy tym, a wątki były pokręcone i przynajmniej dziwne i niezrozumiałe.
Ekscentrycznie śnić to jedno, a mieć kota na punkcie snów o kotach, to dopiero. Noż, chyba czarny kot przebiegł przez moją senną myśl. Rozlane mleko na pierwszych kotach za płotem. Myszy maszerujące w ordynku po Popiela, a nie, czekaj, Kotiela. Ożeż w mruczącą, wąsatą mordę. Ogromne koty sierści kociej, szaleńczo toczące się jak wielki kłębek nerwów szarpany szybkimi jak błyskawica pazurami. Kłaczek tu, kłaczek tam, wszędobylskie kłaczki mam. Sfinksie ratuj!
Co wiemy o śnieniu? Wpisałem w wyszukiwarkę. Przeczytałem jedną z zajawek artykułu o wyszukiwanej informacji.
Sny. Pomimo wielu książek dotyczących tej problematyki - od senników przez podręczniki do materiałów z badań naukowych z zakresu psychologii, neuropsychiatrii, czy neurologii, po książki traktujące sen parapsychologicznie - zrozumienie snu wydaje się nam umykać. Choć istnieje ogromna ilość pomysłów, hipotez, teorii, przypuszczeń, jak dotąd nie wiemy czym są sny. Przypuszcza się również, że sny wywierają wpływ na nasze życie. Jest też ogólne przekonanie, że sny mogą pomóc nam w rozwiązywaniu problemów lub przeciwnie - zaszkodzić poprzez odtwarzanie minionych koszmarów. Chyba każdy z nas powiedział choć raz w życiu - "idę to przespać".
Z tego co wiem problem z chodzeniem spać nie jest schorzeniem nóg. No, to poszedłem. Z początku niemrawo, z lekkim bólem w łydkach. Potem przemogłem się i ruszyłem raźniej, szybkim marszem...
... czasu minęło mało wiele, ledwie klepsydrę odwróciłem razy kilka, aż tu raptem tak, po przeliczeniu stada baranów i owieczek paru, dotarłem na skraj lasu, ścieżka jedna jeno przecinała ciemną ścianę ostrego cienia mgły, w której ktoś grał na dudach znane i lubiane ongiś "Kaczuchy", z lasu wyszła starowinka dźwigająca na zgarbionych plecach wiązkę chrustu, wyrastającą spod czarnej chusty w czerwone kwiaty soczyście kwitnące przepięknie tkanymi zapachami.
- Como estas abuela - rzuciłem wesoło. Rosynant zarżał cicho lekko zaskoczony akcentem.
- Miedlenno mołodoj kawaler. Nu, mne nużno iść, ja spóźniona. Nie zabudź pogładzić jej, a ana budziet murlikać wam. Nie zabudź.
-Wait, who are you talking about?
- Nie zabudź. Nie zabudź.
Poprawiwszy czerwony bucik dyndający u jej biodra rozpłynęła się we mgle jak opary dobre złe snujące się gdzieniegdzie siwym warkoczem Bereniki, podarowanym Afrodycie za Ptolemeusza życie gdzieś pomiędzy Lwem a Wolarzem na uboczu drogi mlecznej upstrzonej gwiazd kolażem.
-Paka - rzuciłem w ciemność.
Sancho klepnął konia w zad, poprawiłem kopię i ksero, i zagłębiłem się w nieznane wciągającą ścieżką, a gdy podniosłem nos ujrzałem polanę magicznie oświetloną szarą kocią muzyką, oho, będzie horror, przemknęła z tupotem kopyt śmieszna mała myśl, a nie, to tylko Rosynant zaparkował na trzecim poziomie, a ja odnalazłem się na środku polany, przy wielkim karczu, na którym zwinięta w kłębek leżała Kiciucha, wiatr zaszeptał w trawie, Nie zabudź, posmak déjà vu lekko zaniepokoił, wyciągnąłem rękę, a kotka lekko szylkretowa, ciut rudawa, jak zwykle wdzięczna i czarująca, łasiła się ciepło i mruczała przeciągając się pod dłonią, mruczała coraz głośniej, aż srebrny pył okruchów księżyca powoli opadający z rozgwieżdżonego nieba zaczął lekko wibrować, i trawa rezonansem rozedrgała otaczające polanę drzewa, jakże ona mruczała, głośniej i głośniej, coraz ostrzej, niepokojąco gromko...
Obudziłem się nagle lekko spocony. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie wibrowanie wyciszonego telefonu. Ki za diabeł?! Za nim zdążyłem odebrać - przestał.
Dziwnie zmęczony i ociężały, zadumany odrobinę dziwnym snem, zwlokłem się z łóżka i podreptałem uprawiać zwykły swój dzień.
Nazajutrz do Szopy dotarły niepokojące wieści. Kiciucha, pierwsza mieszkanka tej krainy od wielu dni nie daje znaku życia.
Na zlecenie Diabła Podlaskiego, nad wyraz pokornego w tej sytuacji, udałem się na zwiady. Kitku nie widział nic poza swoim ogonem. Kocurro nie słyszał zajęty marcowaniem. Kićka nic nie wie, w zasadzie od urodzenia. Pies o kotach nie gada i wara. Krowom wsio rawno, jako i ptaszkom. Trawa rośnie, kwiatki kwitną, słońce świeci, a wiatr wieje opłotkami. Życie trwa. I trwa mać - mruknąłem zdając sobie sprawę, że dwa tygodnie, to aż nadto, jak na Kiciuchę.
Zdałem raport włodarzowi Szopolandii. Ten dumał długą chwilę, po czym cichym głosem kazał szykować stypę. Zawołał pisarza, z którym ułożył dyplomatyczne listy ogłaszające tygodniowy pokój i ogólnonarodową żałobę. Wysłano kruki, gołębie, szpaki oraz znaki dymne i inne gady zapraszające na ucztę upamiętniającą Pierwszą Obywatelkę. Zaproszono wszystkich, zapewniając nietykalność i nocleg.
Zjechali wszyscy, ci lubiani, jak i skazani na wygnanie lub nawet śmierć. Sojusznicy i wrogowie markotnie snuli się pod rękę w krużgankach, wzajemnie się poklepując i pocieszając. Zapewniając o zakończeniu waśni, o rychłej oraz niekończącej się współpracy. Teraz to razem, ku chwale i na pohybel. Roztaczali wizję świetlanej przyszłości. Matka narodu pośmiertnie jednoczyła zwaśnione strony. Miłość stała się wręcz namacalna.
Po płomiennych przemówieniach, ze łzami w oczach, zebrani przeszli na salę bankietową. Z początku z dystansem, a nawet z pewną nieśmiałością przegryziono co nieco i przepito do siebie ku pamięci jedynej nieobecnej. Po drugim toaście rozsadzeni zgodnie z protokołem goście zaczęli się powoli mieszać i w mniejszych lub większych grupkach opowiadali sobie, w większości zmyślone lub mocno naciągane, historie z życia Kiciuchy.
Przechadzałem się wśród coraz mocniej zawianego towarzystwa zniesmaczony zasłyszanymi rozmowami. Jak trzeba było jej pomóc, to nie, a teraz Kiciucha to, Kiciucha tamto, my z Kiciuchą to ohoho i jeszcze trochę, bo żeby nie ona to nie byłoby mnie, ani was, ani nas, ale teraz jak nas zjednoczyła, to w imię jej pokażemy co to naród. I tak do wyrzygania, często dosłownie. Po czym, oczywiście, wypijmy za i pomimo. Ech. Zmęczony tym wszystkim wyszedłem ściśle tajnym angielskim wyjściem.
Wracając późną nocą, na ścieżce oświetlonej mdłym blaskiem księżyca, minąłem przygarbioną postać z jakimś pakunkiem na plecach.
- Nu, kak? Ona murlikała?
-Co? - Obejrzałem się nagłym obrotem całego ciała. Na ścieżce zobaczyłem tylko srebrny pył wirujący w słabym świetle księżyca i poczułem narkotyczny zapach soczyście kwitnących kwiatów.
Po dłuższej chwili się otrząsnąłem. Długi, szalony dzień, zmęczony jestem. Foch zwidom. Idę spać.
PAN CZESIEK
-Oj, nie. Wydaje mi się, że zaczęło się dużo wcześniej, przed wieloma laty. Co? Hahaha.
Roześmiałem się.
-Nie, nie, nie aż tak dawno. Jak miałem naście lat co najwyżej, to mieliśmy w domu takiego ducha. Pan Czesiek go nazywaliśmy. Słucham? Hm, dlaczego Czesiek? Nie wiem. Ktoś tak nazwał i zostało. Czekaj chwilę.
Osłaniając twarz i telefon przeszedłem przez krzaki i znalazłem się na polnej drodze.
-No, jestem. A nic, przez krzaczory przelazłem. Co? A tam wielki mi duch, takie tam gadanie. Wiesz, a to światło zgasło, a to zaświeciło. Innym razem schody skrzypiały na jedynym możliwym schodku, a nikt nimi nie szedł. Któregoś lata, jak wszyscy byliśmy na wyjazdach wakacyjnych, to chłopaki przyszli na jabłka i widzieli kogoś w oknie. No, podobno wiali jak po grochówce, hehe. Teraz już nie pamiętam dokładnie, wiesz, latka lecą, ale różne dziwne rzeczy się działy. Pewnie dałoby się wytłumaczyć to jakoś racjonalnie ale wiesz, ten dreszczyk i wielkie gały dzieciaków z ulicy jak im się opowiadało. Bezcenne. Uff, zasapałem się. Moment, ktoś ławeczkę tu postawił pod brzozą, w cieniu, to przysiądę.
Usadowiłem się wygodnie i rozpiąłem koszulę do połowy.
-Ciepło dziś, cholera. Że jak? Aaa, no. Taki byt bionekrotyczny, hehehe, tylko Wędrowycza nasłać.
Poprawiłem się na ławeczce.
- A nieee, taka postać z książki. Nieważne. Do rzeczy. No, i teraz, kumasz, znowu jakieś dziwne rzeczy się dzieją.
Słuchałem przez chwilę patrząc w niebo.
-Oj, nie pamiętam z jakiej książki. Jak przypomnę, to ci powiem. OK? Słucham? Co z tamtym? Wyprowadziliśmy się po prostu, dom zburzono i w tym miejscu jest teraz blokowisko. Hm? No, po prostu. Widzisz - są na tym świecie nieskomplikowane rzeczy i one się dzieją. Co to ja chciałem powiedzieć? Aaaaa, mam, co dziwnego teraz się dzieje. Różnie, ci powiem. A to coś jest otwarte, a było zamknięte. A to odgłosy znikąd, a jednocześnie jakby zewsząd. Najlepsze, że rzeczy, które robisz rutynowo, z rana na przykład zastajesz odwrotnie. Podobno w Krainie Dwa Razy Dziennie Mlekiem Płynącej, to już standard. Coś stuknie, coś puknie, zaśpiewa, zagwiżdże, przekręci, odkręci, zniknie, pojawi. Ogólnie wesoło ale też zastanawia. A co jeśli jednak coś w tym jest, jakiś inny wymiar? No, raczej, żart. Tak, tak, aberracja. Nie wiem czy to dobre słowo, choć ostatnio modne.
Wydąłem usta w geście dezaprobaty i prychnąłem głośno.
-Halo! Coś przerwało. Co? Dobra, to leć. Później się zdzwonimy. Hej.
Zakończyłem rozmowę. Zerknąłem jeszcze na godzinę i schowałem telefon. Brzozy delikatnie i kojąco szumiały jakby nie chciały przerywać, tu i ówdzie, drącym ryja cykadom. Błąd. Nie drą ryja, bo nie mają. One bez skrępowania grają na timbalach. Tak czy siak - za głośno, psiakrew!
Spojrzałem na starowinkę, która w międzyczasie przysiadła na skraju ławeczki. Wydała mi się znajoma ale, ni cholery, nie wiedziałem skąd.
-Dzień dobry. - pozdrowiłem. - A ty Babciu, słyszałaś? - zagadnąłem bez przekonania - Co ty na to?
- On myślę nowienkij. On kak rebionok, starajetsja, naśladujet was. Cóż jemu nudno. Ostawcie jemu igruszku.
-Hm, zabawkę, powiadacie? - przymknąwszy oczy zamyśliłem się.
- Da, toczno, igruszku. Ja dumaju maleńkaja maszyna. Nu, ja musze prodołżać. Drugije czekaju. Paprubuj padarić jemu igruszku. Paprubujcie.
Może, może. Co szkodzi spróbować. Uśmiechnąłem się. Jak tam po rusku dziękuję? Aha.
- Spasibo.
Starowinki już nie było. Czyżbym aż tak długo dumał nad jej słowami? Niemożliwe. Chyba od tego skwaru zaczynam mieć zwidy.
No, na mnie też już czas. Rzuciłem spojrzeniem dookoła raz jeszcze i dojrzałem maluteńki żółty samochodzik na brzegu ławeczki. Lekko ścierpła mi skóra na grzbiecie. Powoli i delikatnie wziąłem zabawkę w ręce. Przyjrzałem się uważnie. No żeż, Mustang Fastback S-code 390 z 68 roku, jak w mordę. O, i drzwi się otwierają, i maska. Podekscytowałem się jak dziecko. I jeszcze resorak - opuściłem z niedużej wysokości na siedzisko ławeczki. Cudeńko!
W dziwnie dobrym nastroju ruszyłem w dalszą podróż do domu.
Po kilku popasach i szmacie drogi, która po wielu potknięciach była już wyżęta z radości wędrówki, zapomniałem o zabawce. Dopiero gdy już słyszałem z daleka pokrzykiwania Czako, pomruki mieszkańców wydobywające się zza murów Krainy Dwa Razy Dziennie Mlekiem Płynącej skierowały moje myśli do autka leżącego bezpiecznie w moje kieszeni. Co mi szkodzi, położę zabawkę przy wejściu i zobaczymy. Przecież i tak nic się nie stanie. Duchy nie istnieją - parsknąłem w myślach cokolwiek zniesmaczony.
-My precious! Haaaaa! - wyrwało mi się niespodziewanie - Nie oddam mojego skarbu byle przybłędzie!
Nagle zagrzmiało groźnie i przeleciał szybki szkwał.
- Padari jemu igruszku. - zaszeptały liście pobliskich wierzb.
Wariactwo! - pomyślałem zmrożony- a czort w samochodzik, toż to jakaś Szeptucha, albo co gorszego, lepiej nie fikać. Położyłem zabawkę przy wejściu do krainy.
-To dla ciebie, Panie Czesiu. - mruknąłem, myśląc jednocześnie, że tracę zmysły.
Wzdrygnąłem się. Odczyniłem odruchowo, okadziłem się i szukając w głowie kontaktu do psychiatry ruszyłem do Chaty na obiad.
Następnego ranka, ku memu zaskoczeniu, autka nie było. A to ci dopiero! Roześmiałem się. Pewnie ktoś zabrał, pomyślałem rozglądając się uważnie dookoła.
-No, i co? Panie Cześku? Jak tam panu? Zadowolony? - rozbawiony rzuciłem w przestrzeń.
-Yyyy, mhhyyy... Pan czesi sie, czesi! - otoczył mnie podniecony głos.
Przebiegł mnie dreszcz i dostałem gęsiej skórki na całym chyba ciele.
-Czeesiii, czeeeeesiiiii... - głos powoli rozpłynął się w porannej mgle.
I co? Już? Mało żem gaci nie zabrudził bardziej z tył. I tyle?
NOŻ, FOCH!

RUSKI MIESIĄC W BARDZO CIEMNYM MIEJSCU
Wraz z wyczerpaniem złóż drewna w krainie żyjącej z tegoż, rozpoczęła się Wielka Smuta. Liczona od panowania Diabła aż do Podlaskiego i trwająca wielkie długo oraz jeszcze trochę, tak jakby mniej więcej i w sam raz około tego, wydaje się, można założyć, akuratnie co do grama i ani na jotę w tę, a tym bardziej w tamtę, idealnie wymierzona na oko ale jakże długa niemożebnie, jak duszna, parna noc na kacu, jak letnia podróż polskimi kolejami państwowymi z Przemyśla do Szczecina przy włączonym ogrzewaniu i zaspawanych oknach, jak przemówienie premiera rządu chwalącego swoje dokonania lub jak oczekiwanie w przychodni lekarskiej z NFZ. Tak, że ten, o. Nazwana później przez gremia polityczne okresem błędów i wypaczeń, przez artystów marazmem i stagnacją, a pospolicie i na ogół jesienią średniowiecza. Byli też tacy co mawiali coś o czarnej dupie. Cóż, nie było to politycznie poprawne więc szeptano z odpowiednią intonacją. No, mówię wam, naprawdę bardzo długo w ciemnym miejscu.
Chcąc ogarnąć temat otwarto panel dyskusyjny pod patronatem włodarza Szopolandii Diabła Podlaskiego, w jego majestacie i przed większym audytorium, aby przedstawić kryzysową sytuację oraz porównać swoje stanowiska, i wypracować wspólny wynik będący przejawem genialnej myśli Wielkiego Stratega. W drugiej fazie dyskusji słuchacze zwykle mają okazję do zadawania pytań. W tym miejscu dygresja. Mniemam, że wszyscy jesteśmy dorośli i wiemy, iż pytanie będzie tylko jedno, zadane przez jedną osobę i będzie ono brzmiało: dlaczego problem jest jeszcze nierozwiązany i na kim należy przećwiczyć prosty w założeniu zabieg dekapitacji. Tak, że teges, proszę nie wstydzić się Majestata i śmiało zadawać pytania, jak również poddawać rządy konstruktywnej krytyce. Aperitif przed, ani przekąski po, nie są przewidziane. Trup może ścielić się gęsto, choć ogólnie będzie niepoważnie i wesoło.
Streszczając, odbyto prelekcje dla szerokiego grona ograniczonych odbiorców, z reguły nie związanych z daną dziedziną wiedzy na określony temat o charakterze popularnodiscopolowym, których celem było przekonanie słuchaczy do nikogo nie interesującej, porąbanej wizji głównego siepacza krainy oraz nakłonienie do zaakceptowania nieokreślonych poglądów, postaw, oraz zachowań behawioralnych, a także zachęcenie do podjęcia jakiegokolwiek ochotniczego działania wymuszonego, czy chociaż zainteresowania się tematyką braku drewna.
Otóż.
Deski czy siano? Na pytanie o brak dostaw Minister Transportu szamba oraz dóbr wszelakich merytorycznie stwierdził, że kto deski suszy ten siano zbiera. W związku z tym jasno z tego wynika, że choć ten co się zobowiązał, to ma to dokładnie tam, gdzie nasza kraina aktualnie jest. I tyle. Aha, jeszcze, że cmoknąć można jeśli wola ale na pewno nie przez telefon, bo stacjonarny słabo łączy na łące, więc się go nie odbiera.
Nowi kontrahenci? Minister Handlu, w tym zagranicznego, mącił coś o cłach, cenach zaporowych, dumpingach, nieuczciwej konkurencji. Ogólnie nie bardzo wiedział o co chodzi więc po którymś z kolei zdaniu rozpoczętym od yyyyyy, Diabeł Podlaski jeno spojrzał spod oka, wskazał krzywym palcem i za sekund parę główka spadła, i dzieci już miały czym w piłkę grać.
Zamiana trupa na sprawnego stolarczyka? Elokwentny Minister Spraw Zagranicznych w odpowiedzi stwierdził, że owszem, jak najbardziej jest to dobry pomysł. Słuszne i właściwe założenie lecz, po konsultacji z Ministrem Obrony i Dowódcą Sił Zbrojnych, siłowe włączenie się w sieć powiązań handlowych nie wchodzi w rachubę. Natomiast oczekiwanie na zluzowanie mocy przerobowych przemysłu drzewnego skutkuje obciążeniem czasowym. Wielomiesięcznym. Może rocznym nawet. MON ministrant, zakamuflowany korą brzozy, nalegał na kupno większych ilości towaru bez przetargu od handlarza kompasami i wiosłami kajakowymi na zagranicznym portalu aukcyjnym, za pieniądze na helikoptery tudzież inne korwety. W popłochu jednak się wycofał, poniewczasie połapawszy się, że nie ma ani pieniędzy, ani helikopterów, a tym bardziej morza ale urządzenie do oddychania jodem będzie jak najbardziej na miejscu. Zgadzał się tylko brak przetargu i handlarz z Waliwrogiexpress. Jednakowoż brodacz, szumnie nazywający się ministrem od zdrowia, pieniądze już wyprowadził, a w zamian dotarły dwa drewniane wiosła i respirator do samodzielnego złożenia. Tak, że jest kryty. Poza tym to wrogi to spisek jest to, o!
Po incydencie z Ministrem Handlu liczba prelegentów nieznacznie spadła do zera. Nikt nie wiedział jak pozyskać przedmiot kryzysu , a jeśli nawet wiedział, to się nie wychylał. Dzieci, póki co, mają zabawkę, więc wiecie rozumiecie.
Ustalono po długiej ciszy, że ten, no, negocjator potrzebny od zaraz. No, i dziwnym trafem wybrano mnie na ochotnika. Wspaniałomyślnie zdjęto ze mnie infamię i proskrypcję nałożoną ongiś na okres lat pięciu. Pogłaskano i nakarmiono jak ostatnią wieczerzą. Wsadzono w zęby tutkę tytoniową wstępnie odpaloną, wlano szklankę ciepłego sikacza w gardło i skrobiąc maczetą pod paznokciem poproszono o pomoc w temacie. I że złociutki będę i obrosnę dutkowym pierzem jak gęś przed zarżnięciem, i cokolwiek zechcę, a jak nie zechcę to jeszcze lepiej dla mojego zdrowia oraz samopoczucia ich. Tak zmotywowany wypuszczony zostałem kopniakiem przez szeroko otwarte drzwi. Otrzepawszy się z trawy, błota i ujmy na honorze wyruszyłem na podbój świata handlu drewnem, gdzie po wielu przygodach uwieńczonych spektakularnymi sukcesami, zostałem światowcem prima sort. Wzdychały do mnie wielkie, międzynarodowe korporacje i klasowe kobiety. Wyuczyłem się wielu języków i pojadłem rozumów popiwszy to obficie wodą sodową. O tym wszystkim inną razą, teraz do brzegu tej szerokiej, cuchnącej kantem i nie tylko, rzeki.
Po wstępnym rekonesansie, ustaliłem dokładnie tyle samo co ministrowie Szopolandii. Mając na uwadze dobrostan mojej głowy wspiąłem się na wyżyny negocjacji i wypertraktowałem wóz drewna z końcówek serii. Znając ogólnoświatowe zapotrzebowanie na ten cenny surowiec następnego dnia, z samego rana, o godzinie jedenastej zaprzągłem wynajęty wóz w sto sześćdziesiąt koni i zwiozłem towar na przedmurze Sheadlandu. Wśród narzekań na jakość asortymentu, małą jego ilość oraz ogólnych złorzeczeń pośpiesznie wypakowałem i ułożyłem w sztable zwiezione dobro. Po czym, widząc ogień pod kotłem ze smołą i wór pierza, gnany życzeniem gnicia w lochu aż do usranej śmierci (ot, sławetna wdzięczność ludu tej gościnnej krainy), niespiesznie w te pędy udałem się do Chaty, gdzie długo, a rzewnie płakałem za utraconym bogactwem i sławą. Smuta moja była wielka i ciemność zapanowała w miejscu mojego zakwaterowania. Ogólnie czuło się, że gówno z tego wyszło i płynie szeroko. Aż zapomniałem, iż życie jednak ocaliłem. Ciesz się życiem, mruknąłem. Szczególnie, że niepodobna wstąpić dwukrotnie do tej samej rzeki. Panta rhei, i to bez cholernego, drewnianego wiosła.
Of course, nie zapomniałem strzelić focha. Absolutely! Hm!

LUSTeRECZKO POWIEDZ PRZECIE
-Proszę Państwa, w Instytucie Szopolandii na wydziale drewnofizyki oraz gównoburzy w szklance do połowy pustej, pod patronatem Panci Od Granulek Niecierpiących Zwłoki wynaleziono wynalazek.
Urzędnik przerwał na chwilę by przepłukać gardło.
- Cóż to za wynalazek? - zapytała z lekko złośliwym uśmiechem jedna z najbardziej znanych dziennikarek.
-Zanim odpowiem na Państwa pytania, proszem paniom, trochę historii tego fascynującego przedsięwzięcia. Zajęło to jakieś dwa lata czasu aby złożyć wszystko w pełnym komplecie i uzyskać pozytywną aprobatę włodarzy, u których sama idea pomysłu spadała w dół na liście priorytetów i po pewnym okresie czasu wracała z powrotem by można było kontynuować dalej odłożony na później etapowo wcielany część po części zamysł innego oglądu rzeczywistości w aspekcie i przez pryzmat faktów autentycznych zaistniałych lub przewidywanych. W każdym bądź razie na dzień dzisiejszy źródła i geneza każą domniemywać zarodka prapoczątku, tylko i wyłącznie, w najświetlejszym umyśle ojca naszego narodu, którego suwerenność i niezawisłość mogła doprowadzić do najlepszego, a zarazem optymalnego finału. Ranga i znaczenie społeczne są do nie przecenienia i wydaje się, że ocena poprawności i prawidłowości może dać tylko i wyłącznie, ciekawie interesujący przełomowy w swej istocie co do zasady...
-Jeeesssuuu! -pomyślałem - oni wszędzie tacy sami. Beztroska pląsawica słowna. Niestety jak wiemy z historii - nieuleczalna. Noż, bardziej mondrzejszy to ja od tego już nie będę - uśmiechnąłem się z grymasem bólu i przestałem słuchać.
Za jakie grzechy ja tu trafiłem? Zostałem zaproszony na pokaz przełomowego podobnież urządzenia a wylądowałem jak na pokazie kosmicznych technologicznie garnków. Wnosząc z przecudnie krasomówczego opisu urzędasa można by pomyśleć, że użyto co najmniej łoma do tego przełoma.
Koniec końców, wynalazek opisano jako odbiornik, a może nawet, po pewnych modyfikacjach, portal do innych światów i wymiarów, o roboczej nazwie Kisia (od skądinąd mądrej i przepięknej wynalazczyni znanej mi od wielu lat). Genialne urządzenie tymczasem okazało się zwykłym lustrem . Wzruszyłem ramionami. Czego ja się spodziewałem po drewniakach?
Ciężko wzdychnąłem rozglądając się jak tu niezauważenie ewakuować się z tej żenującej imprezy. Omiatając wzrokiem salę zauważyłem jak ciekawska pani dziennikarka z udawanym zainteresowaniem i minimalnie skrywanym szyderczym uśmiechem nachyliła się ku idealnej powierzchni lustra. Kątem oka dostrzegłem lekkie zafalowanie srebrnej tafli i wydawałoby się prawdziwe zaskoczenie na twarzy żurnalistki.
No, tak. Taka kraina. Przecież nie może zabraknąć taniej promocji ale żeby tak znana osoba? Ho ho, wysoko mierzą. Swoją drogą ciekawe ile wzięła, pomyślałem lekko uszczypnięty zazdrością.
Światła przygasły. Przez salę przebiegł szmer.
Kamerzysta którejś z zaproszonych telewizji zaklął szpetnie. Świetlówki znów przygasły na chwilę i zaczęły odpalać ze stukotem starterów i ciężkim buczeniem przepływającego prądu. Po kilku sekundach wszystko wróciło do normy.
Nawet nieźle im to wyszło, pomyślałem obserwując zmatowiałą powierzchnię lustra i leżący u podstawy zgrabny czerwony pantofelek publicystki, której nigdzie nie mogłem namierzyć.
Konsternacja uczestników konferencji przechodziła w coraz głośniejszy szmer rozmów. Operatorzy kamer robili zbliżenia bucika. Komentatorzy nagrywali coś na dyktafonach. W rogu sali jakiś konserwatywny sprawozdawca szkicował coś na kartach bloku w oprawie z wyświechtanej skóry. Popatrz no, w tych czasach takie zabytki. Jakbym nie widział, to bym nie uwierzył. Zaczęto się przekrzykiwać w poszukiwaniu pani dziennikarki. Jakiś pan z sumiastym wąsem perorował, że to już przesada i nie da się zrobić w wała. Ktoś inny głośno śmiejąc się zaglądał pod stół i podnosząc róg obrusa głośno zachęcał do szukania ukrytego przejścia. Gwar robił się nie do zniesienia.
Wtem jedyne prowadzące do sali szerokie, dwuskrzydłowe drzwi otworzyły się z hukiem. W dwóch szeregach zaczęli wbiegać zamaskowani i uzbrojeni żołnierze. Całe pomieszczenie zostało otoczone ścisłym kordonem groźnie wyglądających straszaków.
Na koniec wszedł pewnym krokiem oficer wyższy wzrostem i szarżą od innych, rozejrzał się pochmurnym wzrokiem i zamknął drzwi, które natychmiast zastawiło czterech wojskowych.
Funkcjonariusz podniósł dłoń z wyciągniętym palcem wskazującym. Żołdacy skierowali lufy przerażających karabinów w kierunku zgromadzonych w sali uczestników konferencji.
Oficer bez słowa wskazał palcem na lustro. Natychmiast dwóch straszaków podeszło i nakryło je ściągniętym ze stołu obrusem. Po czym jeden z nich złapał pakunek pod pachę i ubezpieczany przez drugiego opuścili salę w pośpiechu.
Dowodzący zbrojnymi postąpił krok do przodu i mocnym, tubalnym głosem, bardzo wyraźnie zaczął wydawać polecenia:
-Wszystkie nośniki, począwszy od karki papieru i ołówka, poprzez światłoczułe klisze, po pamięci stałe, krystaliczne, proszę o włożenie do worka! - wskazał na swoją prawą stronę i odchrząknął groźnie. Na to wyraźnie wystraszony żołnierz stojący bezpośrednio za nim w pośpiechu wyciągnął zza pazuchy i rozłożył czarny worek.
-Proszę ustawić się w kolejce i opróżnić kieszenie do worka. Aparaty, kamery, telefony, notatniki, portfele, wszystko! Niesubordynacja zostanie surowo ukarana! Proszę o współpracę i zrozumienie a nikomu nic się nie stanie, i będziecie mogli się udać do domu. Jeszcze raz. Proszę zachować spokój i współpracować!
Zabrzmiało to na tyle surowo i poważnie, że wszyscy bez dyskusji zaczęli wypełniać instrukcję.
Aha, akurat, szmondaki, pomyślałem czule. Drżącymi rękami wyciągnąłem pamięć z telefonu i wsunąłem między, wstyd się przyznać, lekko spruty na szwie materiał mankietu koszuli. Ledwo się uwinąłem gdy z zaschniętym gardłem zauważyłem, iż każdy z zaproszonych jest bacznie obserwowany i przeszukiwany przed wypuszczeniem z sali. Było za późno na jakiekolwiek inne działanie, mogłem jedynie liczyć na cud lub zmówić modlitwę w intencji szybkiej śmierci. Wybrałem to drugie, choć żadnej nie znałem. Naprawdę nie znałem albo coś pomyliłem, bo śmierć, w przeciwieństwie do cudu, się nie zdarzyła. Po upokarzająco dokładnej rewizji zostałem popchnięty w kierunku wyjścia z sali konferencyjnej. Oficer dowodzący surowo spojrzał na mnie. Poznałem go! Spotykałem go już w swoich wędrówkach po okolicznych krainach. Znikający wariat, oficer służb bezpieczeństwa, członek grupy specjalnej Pana Tęgiego i teraz znowu jako żołnierz. To ten sam człowiek. A niech mnie! Funkcjonariusz spuścił wzrok na rękaw mojej koszuli. No, to po mnie - pomyślałem - i zrobiło mi się słabo. Tymczasem on pchnął mnie w kierunku drzwi.
- Ruszać się! Nie blokować przejścia! - wrzasnął mi nad uchem.
Na miękkich nogach, lekko się zataczając oraz mocno pocąc udałem się do domu, gdzie dotarłem nic z podróży nie pamiętając.
Po jakimś czasie media obiegła informacja o tajemniczym zaginięciu dziennikarki znanej z upodobania do ładnych bucików. Nikt nic nie widział, nikt nic nie wie. Szeptano, że podobno kosmici z innego wymiaru porwali ale plotkom zrodzonym z teorii spiskowych wiary dawać nie ma sensu. Po tygodniu sensacja została przesłonięta innymi wydarzeniami i życie toczyło się dalej.
Po następnych dwóch tygodniach przemyśleń i drżenia o swoje życie obowiązek dziennikarski każe mi upublicznić wszystko co żem widział i słyszał, a z narażeniem życia, i zdrowia udało się udokumentować. Co niniejszym nieodpłatnie czynię żegnając się jednocześnie z jakże mi bliskimi - pieniędzmi i zrównoważeniem umysłowym.
Niedowiarkom zaś, FOCH!

WIBRUJĄCY DŹWIĘK ZWIASTUJĄCY REKORD
Siorbałem z porcelany rozanielony boskim smakiem kawy. Między łykami puszczałem kółka z dymu i słuchałem drących dzioby ptaszków. Słońce ogrzewało świeże, rześkie, poranne powietrze i życie wydawało się znośnym. Wtem drzemiący do tej pory u mych stóp pies zerwał się i zjeżył sierść. Wciągnął powietrze i warknął.
- O tej porze to raczej nie kurier - mruknąłem.
Wychyliłem się za róg, rozejrzałem i jakby mi kto dechą przywalił. Od strony szopy zbliżał się mężczyzna, którego od razu rozpoznałem. To był ten cholerny oficer. Przebrany w cywilne ciuchy ale to na pewno był on. Czego chce? Co robić?
Wpadłem do Chaty i chapnąłem duży nóż. Wsunąłem go za pazuchę i skrzyżowałem ręce na piersi. Rzut oka w lustro. Może być. Mam jeszcze psa. Troszkę spokojniejszy wyszedłem na spotkanie.
Przybysz z widocznym wahaniem zatrzymał się na opłotkach. Rozejrzał się i zobaczywszy mnie ponownie ruszył.
- Ani kroku! - zakrzyknąłem groźnie, wróble zerwały się z hałasem na pomoc, a Czako wyszczerzył kły i zabulgotał ostrzegawczo
- Oku, oku - dołączyło echo niosąc ze sobą zapach bagienka.
Przybyły zamarł zaskoczony tak zmasowanym atakiem.
- Spokojnie - zmartwychwstał i uniósł ręce w pojednawczym geście - Przychodzę w pokoju. Muszę z panem porozmawiać. Jest to dla mnie bardzo ważne.
Przyglądałem mu się uważnie. Biorąc pod uwagę wcześniejsze, przelotne spotkania zaciekawiło mnie co jest takie ważne? Uspokoiłem psa i bez słowa, wolną ręką wskazałem ławkę pod ścianą. Gość, krytycznie oceniwszy czystość siedziska, przysiadł na krawędzi. Milcząc rozglądał się ciekawie dookoła. Czako delikatnym bulgotem z gardła dawał znać, że ma go na oku i śniadania jeszcze nie spożywał. Co prawda nigdy tak wcześnie nie jadał ale nie czułem potrzeby sprostowania. Wyciągnąłem drogocenną tutkę tytoniową, odpaliłem i głośno wypuściłem kłąb dymu.
- Mów.
- Pamiętasz jak spotkałeś mnie pierwszy raz, przy takim dużym krzaku bzu? - kiwnąłem głową na tak - To był drugi raz. Długo się błąkałem. Nie wiedziałem co się dzieje...
- Zaraz, zaraz, co drugi raz? Mówiłeś, że pierwszy. - zniesmaczony, nerwowo zdusiłem tutkę w popielniczce.
- No, tak, chaotycznie zacząłem - przeczesał włosy - Od początku. Może przedstawię się. Mam na imię Antoni i jestem porucznikiem Imperialnych Służb Bezpieczeństwa. Imperium to kraina, hm, jak by to powiedzieć? Nie stąd. Wiem jak to brzmi ale będę starał się to wyjaśnić.
- Będzie ciężko. - mruknąłem.
- Tak, trafna uwaga. Jak już wspomniałem przy bzie spotkaliśmy się drugi raz. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. W moim kontinuum czy jakkolwiek by to nazwać. Opowiem ci jak to wygląda na mojej osi czasu. - Przerwał i zadumał się.
- Zauważ, nie przerywam ci. Dalej, z werwą. Nie mam całego dnia na opowieści z mchu i paproci. - zaciekawił mnie ale ponagliłem z udawaną niecierpliwością.
- Ciężko to pozbierać w sensowną całość. Wybacz. Zacznę od tego, że pewnego dnia, jeszcze w moim świecie, wezwano mnie do nagłego przypadku, a tam ta wasza dziennikarka (wtedy jeszcze nie wiedziałem tego, oczywiście),wydziera się na mnie. Turlaj dropsa, dziadu! Zamknij ryj! Oddajesz bucik i won! Bucik, przeprosiny, a może wam się upiecze. Łajzo wredna, bucik, bo się wkurwię na maksa! Jeszcze więcej tego było ale nie oto chodzi.
Porucznik poprawił rękawy tweedowej marynarki. Westchnął głośno.
- Wredna cholera jakaś. - wtrąciłem.
- Dokładnie tak samo pomyślałem. Gdy mnie wezwano po służbie, w trybie nagłym, nie przypuszczałem, że to będzie tak bardzo irytujący wieczór. Rozkrzyczana i szarpiąca się kobieta okazała się zagadką. Nie istniała według baz danych Imperium, a mówię ci, ono znało wszystkich. Wszystkie sposoby identyfikacji nie dały efektu. Od czasu wprowadzenia systemu rozpoznawania i klasyfikowania obywateli zdarzyło się to pierwszy raz. Prawdopodobnie dlatego ta sprawa miała najwyższy priorytet. Duma hegemona została splamiona. Dlatego zostałem wezwany. Byłem najlepszy. Znałem wszystkie wzorce zachowań i najmroczniejsze zakamarki umysłów. Nie chciała gadać po dobroci, to wsadziłem ją do bębna.
- Co to jest ten, no, bęben? - przerwałem mojemu gościowi.
- To zderzacz neuronów tworzący splątanie synaps różnych umysłów. Taka maszyna do grzebania w głowie, krótko mówiąc. Nazywana tak ze względu na kształt. Nie wiem dokładnie jak działa ale uwierz mi, działa. Wsadziliśmy więc ją do bębna, później ja dołączyłem i sparowaliśmy umysły. Wiele tam zobaczyłem, długo by opowiadać. Bądź co bądź dotarłem do miejsca gdzie linia jej osi czasu niknęła w wielkiej falującej tafli szkła okna widokowego na ostatnim piętrze mojego ministerstwa. Przekroczyłem tę granicę i zaskoczony stanąłem w pełnym ludzi, gwarnym pomieszczeniu. Nie będę się rozwodził bo byłeś tam. Jak się okazało później, albo wcześniej, bo się gubię, był to pokaz lustereczka. Wiesz o czym mówię?
Skinąłem głową w ciszy. Obserwowałem mowę ciała nieoczekiwanego gościa. Ściskając nóż schowany za pazuchą jeszcze nie zdecydowałem czy to wariat kompletny, czy tylko lekko szurnięty wyznawca teorii spiskowych.
- W końcu zobaczyłem tam siebie i to było za dużo. Nastąpiło sprzężenie zwrotne, splątałem się ze swoim umysłem z innego czasu i przestrzeni. Ciężki stan, tylko moje wieloletnie doświadczenie pozwoliło mi wyskoczyć do świadomości. Niestety byłem w takim szoku, że trafiłem do wariatkowa. Gdy doszedłem do siebie odkryłem, że jakimś sposobem wciągnąłem dziennikarkę do swojego świata. Ona była w znacznie gorszym stanie choć, jak się później okazało, częściowo udawała.
- Pamiętam. Zaginiona dziennikarka po której został tylko bucik. - podekscytowany mimowolnie podniosłem głos.
- Dokładnie. Ale to mi się później wyklarowało. Po licznych podróżach, po wielu światach teraz już wiem, że to nie ja ją wciągnąłem. To było lustereczko. W trakcie swoich przygód znalazłem wiele takich miejsc i rzeczy. Były to portale do innych, równoległych światów. Wracając do tematu. Będąc na oddziale zamkniętym, jeszcze chyba w szoku, wykombinowałem, że muszę oswobodzić siebie i żurnalistkę. Potem jakoś dotrzeć do wspomnianego miejsca na ostatnim piętrze ministerstwa i wyekspediować ją z powrotem. W nie do końca zdrowej głowie umaiłem sobie, że to naprawi zaistniałą sytuację i będzie jak dawniej. Mam na myśli spokojne życie aż do emerytury.
- Niezła historia - kiwałem w zadumie głową. Może nawet trochę kupy się trzyma. Z naciskiem na kupę.
- Niestety, niefortunne zbiegi okoliczności sprawiły, że transferowałem się razem z pańcią od bucika i trafiliśmy do jakiegoś małego i ciemnego pomieszczenia. Miałem ze sobą zapalniczkę, poświeciłem i okazało się, że siedzimy w niedużym sejfie tuż obok tego cholernego lustereczka.
- Żartujesz? - prawie pisnąłem. Wciągnąłem się w tę opowieść bardziej niż mogłem się spodziewać.
- Chciałbym. Uwierz mi.
Gość wyciągnął paczkę mentolowych. Po chwili wahania wyciągnął ją w moim kierunku.
- Poczęstujesz się? Nie mam ognia więc jak byś był tak łaskaw...
Uwielbiałem mentolowe więc nie dałem się prosić. Przypaliłem i chwilę delektowaliśmy się dymem od czarodzieja tytoniu. To był naprawdę dobry magik, ten Morris.
- Zaraz, zaraz, a skąd ty masz mentolowe? Są zakazane od paru lat. Aaa i gdzie twoja zapalniczka? - I tu cię mam mitomanie, z triumfem dorzuciłem w myślach.
- Mentole jeszcze z moich zapasów ze świata gdzie palą tylko takie. Zapalniczkę zostawiłem dziennikarce jak wiałem z sejfu. Siedzieliśmy tam ładnych kilka godzin i powietrze się kończyło. Lustereczko zaczęło nagle falować. Uznaliśmy, że to portal się otwiera i trzeba przez niego uciekać. Ona się zaparła i postanowiła zostać. Poprosiła żebym jej zostawił zapalniczkę, że mniej się będzie bać. Dziwna logika. Ucieczka dawała szansę przeżycia, a ona chciała trochę ognia, który zużywa tlen. Tak czy siak, ja wlazłem do lustra. Ona została. Dużo później okazało się, że nie zginęła. Spotkaliśmy się w innym ze światów.
Dumaliśmy jakiś czas paląc w milczeniu. Może i wariat ale zafascynowała mnie jego opowieść. Kto wie może ją kiedyś spiszę. Dobry pomysł na, co najmniej, opowiadanie. Jeśli mi poopowiada więcej, to może nawet pełnoprawną książkę. Z całą pewnością coś ma z głową albo cynicznie ze mną pogrywa.
- I tu dochodzimy do tego dlaczego koniecznie chciałem z tobą porozmawiać.
- Ano, właśnie. - Spojrzałem pytająco. Czego ten cwaniaczek chce?
- Krótko. Znasz wszystkich cokolwiek znaczących w Szopolandii. Potrzebuję się dostać do lustereczka i wyrwać się stąd. Wszystkie moje próby spełzły na niczym. Nie mam już pomysłów co bym mógł jeszcze zrobić aby się dostać do sejfu. Jeśli byłbyś skłonny mi pomóc, to wykorzystując twoje znajomości...
- A portal przy krzaku bzu? Tam zniknąłeś, prawda?- przerwałem mu. Przyszło mi do głowy, że jest on może złodziejem i w ten sposób chce się dostać do skarbca. Jednak cwaniak, może z wyższej półki ale jednak.
- Prawda. Próbowałem. Nawet miesiąc mieszkałem w namiocie dokładnie w tamtym miejscu. Nic się nie wydarzyło.
Powoli trawiłem przyswojone informacje. Dziwnie to wszystko brzmiało. Chcąc zyskać na czasie wskazałem na paczkę tutek. Teraz ja go naciągnę.
- Jasne, częstuj się.
Niespiesznie paliłem obserwując srokę czającą się na błyszczący w trawie kapsel po marnym, marketowym piwie. Co jest w błyskotkach, że ptak sobie wiele obiecuje po ich zdobyciu? Nie tylko zwierzę jako takie, człowiek ma tak samo. No, tak, przecież też jest zwierzęciem. Zmarszczyłem czoło. Ależ mam dziś bystry umysł. Żyleta. Właśnie! Facet może być zwykłym złodziejaszkiem pragnącym świecidełek z sejfu, a później mi poderżnie gardło. Muszę się jeszcze dobrze zastanowić. Nie mogę podjąć pochopnej decyzji, której mógłbym żałować. Na czoło wypełzła jeszcze jedna, gruba, tłusta glista zmarszczki i przytuliła się do pierwszej. Aha, a może to jest sprawa gruba jak ten robal na moim czole i do tego podszyta międzynarodowym terroryzmem. Obym nie został wykorzystany do wyciągnięcia jakiś super tajnych informacji. Ściągnąłem brwi. U nasady nosa powstały dwie poprzeczne zmarszczki, jakby widelec nadziewający dwa tłuste robale powyżej, na czole. Właśnie! To może być przewrót. Chce obalić naczelnika. Nakręcałem się coraz bardziej. Wciska mi kit, a ja łykam jak małpa. Tak, najpierw załatwił tę małpę w czerwonym buciku, bo pewnie prowadziła śledztwo i wiedziała już za dużo. Z wrażenia ściągnąłem usta i podniosłem je aż pod sam nos. Teraz musiałem wyglądać jakbym wpadł w skunksa. Tak, na bank. Ta sprawa śmierdziała dużo gorzej. W mojej głowie wielka gonitwa była daleka od mety. Wielkie wyścigowe derby.
- Proszę, przemyśl na spokojnie. Nie ważne jaka będzie odpowiedź. Mam dość tego świata. Chciałbym wrócić do swojego. Pamiętaj, nie naciskam ale chciałbym być potraktowany poważnie.
Jasne, nie naciska. Łazi za mną. Wciska mi kilo marnego kitu po wygórowanej cenie, a potem, że spokojnie. Cokolwiek zdecydujesz. Tak, akurat. Złodziej jeden, terrorysta, wariat, a może i zdrajca, a obciąć mu jajca.
Poderwałem się, wyrwałem nóż za pazuchy i z całej siły cisnąłem w jego kierunku. Nie zdążył mrugnąć gdy klinga wbiła się w ścianę szopy tuż przy jego uchu. Rozległ się charakterystyczny, wibrujący dźwięk drgającego ostrza. Pies śpiący przy moich nogach zerwał się, zjeżył, wyszczerzył kły i natychmiast, bez zastanowienia rzucił się przed siebie.
Gość zerwał się jak sprężyna. Jednym skokiem przesadził płotek i pobił rekord świata w biegu na nieokreślonym dystansie przez pola.
Pies wyrżnął w płotek aż zatrzeszczała czacha, a zęby z jękiem próbowały utrzymać strategicznie zajętą pozycję. Czako wracając zaskowyczał z pretensją:
- Ee, pan, nie wtrafiłeś, kurde, ne. I, teges, ne, żeby nie było, płacisz za dentyste, bo jak nie, to, kurde, wiesz, foch, kurde, ne.
No, to się porobiło.

ZAPALNICZKA I GAZ BOJOWY
Uspokoiłem się dopiero po długim spacerze na drugi dzień. Szeptałem groźne zaklęcia i okadzałem tutkami. Co mi strzeliło do durnego, starego łba? No, wariat. Racja ale żeby od razu rzucać nożem? Wreszcie, nigdy nie chybiałem więc jak to się stało, że porucznik okazał się szybkobiegaczem terenowym? W teoretyce, jak mawiał klasyk, powinien nieruchomo siedzieć na ławce. Bardzo sztywno, że się tak wyrażę. W praktyce zakrzywił czas i przestrzeń na nieokreślonym dystansie. Prawdopodobnie jeszcze nie wyhamował. Na horyzoncie, w miejscu gdzie zniknął, ciągle się unosił kurz, piach i mniejsze kamienie. Drzewa na tym kierunku straciły liście, ptaki pióra, a ziemię wypaliło na lat kilka. Nie opodal, coraz myląc nóżki, chodziła nieopierzona kura i głośnym krzykiem oznajmiała, że spotkała miłość swojego życia. Szatan nie kogut!
Rozbawiony do łez potknąłem się, aż mi but spadł. Przysiadłem na kamieniu i cierpliwie masowałem nadwyrężoną kostkę. Wyciągnąłem następną tutkę celem odczynienia uroku i zorientowałem się, że tracąc równowagę zgubiłem zapalniczkę. Przerażony padłem na kolana i łkając przeszukiwałem trawę. Musowo odczynić trzeba!
- Bude znajdeno.
Głos oderwał moją głowę i wyrzucił w górę. Spojrzałem mętnym wzrokiem na dziwnie znajomą babcię stojącą w pobliżu. Zniecierpliwiony machnąłem ręką, złapałem krótko strzyżony czerep i zanurzyłem go w zielono żółtym morzu nigdy nie koszonych mleczy. Stwierdziłem zaskoczony, że tak było nawet łatwiej przeszukiwać trawę. Plecy jakby mniej bolały.
- Odczynić, odczynić. Koniecznie odczynić. Licho nie śpi z byle kim. Skuś baba na dziada. - mamrotałem próbując przypomnieć sobie najmocniejsze zaklęcia - No, co tam babciu się znajdzie?
- Zarzygałka od Antka. On charoszyj chłop. On ciebie wsiegda dopomoże. On dobry. Dopomożit jemu povernutsja do domu. A odczyniać niemajete potreby. Licho mocno spit ta pora. Nie zabuć być ostorożnym, nie pijtie bohato. Gołowa bolit patom, moze nastaty temriava, pomroczność, po waszemu. Nu, z bogom.
I podreptała kołysząc znoszonym bucikiem bez pary uwiązanym przy biodrze.
- Aaaaa tam, co ty tam wiesz. - mruknąłem.
- Bu de znaj de no. Za rzy gał ka bu de znaj de no. - powtarzał uparcie odgłos oddalających się kroków przeplecionych dysonansem dyndającego bucika.
No, i nie znalazła się. Wiedziałem!
- W nogach śpisz, gazetami się nakrywasz. - silnie odczyniłem głupie gadanie i dodałem zaklęcie na wszelką okoliczność - Szelki na wypadek.
Rozsierdzony ruszyłem z kopyta, a będąc niedaleko wstąpiłem do Szopolandii.
Dawno mnie tam nie było więc rozglądałem się ciekawie. Krajobraz nie zmienił się ale zauważyłem poruszenie wśród obywateli. Przystawałem co i rusz zagadując napotykanych tubylców chcąc zasięgnąć języka.
Okazało się, co się okazało, aaaa.. i że była chryja z lustrem i wcięło bucik i panią i ohohohoho. No, przecież wszystko to już wiedziałem. Byłem tam i widziałem ale warto by się więcej dowiedzieć. Tak z ciekawości, a nuż sprawa, jak to się mówi, rozwojowa jest. Przyjrzałbym się Lustereczku z bliska. Tylko, jak się dostać do sejfu. Czas się obślinić u Podlaskiego, on ma klucze.
Jak pomyślałem, tak kopnąłem się do włodarza starymi trocinami cuchnącej krainy z zamysłem włażenia do drewnianej, kanciastej dupy.
Po wstępnym, wzajemnym pieszczeniu sobie uszu pierdołami o pogodzie, poprzez komplementowanie jego ubioru i postawy godnej bogów, już wystarczająco upokorzony przeszedłem do meritum.
- Widziałem i słyszałem wielkie poruszenia w krainie wywołane ostatnimi wydarzeniami.
- Oooo, tak? Cóż to się takiego stało? - z cwaniackim uśmiechem spytał drewniak.
- Chodzi o zniknięcie dziennikarki. Mieszkańcy mówią, że UFO porwało i inne brednie. Normalnie porąbało ich markową siekierką ale ja tam byłem i wiem co się stało. To Lustereczko ma coś z tym wspólnego.
- Oooo, tak? A cóż to się takiego stało? - Diabeł wyraźnie podupadł słowotwórczo.
Patrzyłem jak spoważniał i poprawił sobie kapelutek. Struga wariata jak nic, pomyślałem rozsuwając grube wióry.
- Dziennikarka zniknęła w Lustereczku i bucik tylko po niej został. Potem straszaki je wynieśli i wszystkich przeszukali. Notatki, zdjęcia i filmy zarekwirowali, i kazali milczeć. Byłem i widziałem co się stało.
- Oooo, tak? A cóż to się takiego stało? - No, zaciął się próchniak parszywy. Podenerwowany rozglądałem się za tęgim kijem resetowym.
- Wiesz, o wszechmocny - opanowałem emocje - znam tęgogłowego co się para nauką. Moglibyśmy Lustereczko wziąć na warsztat i pogmerać przy nim młoteczkiem na kowadełku.
- Oooo, tak? - noż, nie ma opcji, jeszcze raz i przywalę klocowi.
- Myślę, że twojej wspaniałomyślności wdzięczny będąc, oddałbym obiekt badań posadowiony na nowiusieńkim warsztacie, w którego szufladach, bacz, miast balastu, dudków srebrnych, trzy groszowych, sakwę pokaźną bym umieścił - ścisnąłem kłębek nerwów w garści z całych sił, adekwatnych do żalu wynikłego z danej obietnicy lecz wiedziałem, że skąpiec skusi się brzękiem monety.
Faktycznie, drewniak uśmiechnął się chciwie. Zwęził powieki i rzekł łagodnie.
- Oooo, tak? - widząc jak się zrywam w kierunku kija sękatego szybko dorzucił - Dobrze, już dobrze. Wydać Lustereczka nie zamierzam. Nie przekonał mnie młoteczek i kowadełko. Zbyt mało precyzyjne to narzędzia, wydaje mi się. Myślę, wdzięczność rzeczoną biorąc pod uwagę, iż oglądu rzeczy możesz dokonać w moim skarbcu, czasu poświęcając ile uważasz.
Zawołał straszaka i kazał mnie prowadzić do sejfu gdzie przedmiot zainteresowania przechowywany był i zakazał przeszkadzania w oględzinach, choćby trwało to zatrważająco długo lecz do jutra najpóźniej. Odwrócił się do mnie dupą i rozmarzył się o wnętrzu sakwy opasłej.
Obyś mchem pełnym korników obrósł - pomyślałem udając się za strażą.
Minęła minuta osiem i staliśmy przy wielkich drzwiach zdobnych w mosiężne antaby. Klucznik już nas oczekiwał i na nasz widok zaczął niespiesznie gmerać przy zamkach. Oparłem się o ścianę i przyglądałem się wysiłkom drżącorękiego szafarza. Widząc jak ze zgrzytem padł ostatni zamek ruszyłem zniecierpliwiony ku wrotom skarbca. Straszaki ze szczękiem oręża pospiesznie zagrodzili mi drogę.
- Co jest, do jasnej...?
- Czekamy na felczera. - sucho rzucił dowódca.
- A ten tu po co?
- Takie rozkazy. Bez lekarza zabroniono! - podniesiony głos i sroga mina zastopowały głośne wyrażanie mojej ciekawość.
Przewróciłem oczami i zrezygnowany znowu podparłem ścianę. Po kilku minutach przytruchtał zasapany medyk.
- Uff, przepraszam, nagły przypadek, po drodze, można powiedzieć. Tak. Nagły. Szczęśliwie, zdrowy, ładny, yyy, chłopczyk. Taa. Zdrowy. Ładny, można powiedzieć. - łapał chciwie powietrze wycierając ręce ze śluzu i krwi - Dobrze, dobrze. Jesteśmy, gotowi? Otwierajmy, pierwsze, można powiedzieć, yyy, drzwi.
Straszak chwycił antabę i zaparł się z lekkim acz długim pierdnięciem. Wszyscy milcząc cofnęli się, jakoby to robiąc miejsce szerokiemu skrzydłu masywnych drzwi, które taktownie, głośnym zgrzytem przygłuszyły dalszy wysiłek żołdaka. Felczer wszedł pierwszy i dokonał oglądu czegoś co wyglądało na pierwszy rzut oka jak śluza z filmów science fiction. Po chwili zaprosił gestem do środka. Drugi rzut oka potwierdził co pierwszy zobaczył.
- Różne, rzeczy, tu trzymamy. Z różnych krain i od dzikich, można powiedzieć, yyy, ludów więc na wszelki, wypadek takie tam, yyy, środki ostrożności, można powiedzieć.
Wymamrotał jakby przepraszająco medyk zamknąwszy za nami drzwi i starodawnym zraszaczem rozpylił wielką chmurę chloru. Szybko odliczył, można powiedzieć, do pięciu i powpychał wszystkich do skarbca.
- Khy khy, przepraszam, ja, was, bardzo, ale, takie, wytyczne, yyy, Izby Lekarskiej, można powiedzieć. Cholera, khy khy, gdzie ten, włącznik. Jest, khy khy, można powiedzieć.
I stała się jasność, można powiedzieć - pomyślałem z przekąsem wykaszlanej flegmy z dolnych pokładów płuc. Popier... dhy khy ło ich z tym chlorem?! Toż tym ludzi masowo truli, pierwszy raz bodaj pod Ypres. Oj, dobrze, że tak szybko liczył je... bhy khy ny weterynarz. Odkaszlawszy swoje rozglądałem się dookoła.
- Felczer! Tutaj! Chyba trup! - przyduszonym głosem zakrzyknął dowódca straszaków i wskazywał paluchem ciało kobiety leżące przy Lustereczku.
Starszy fachura od gazu bojowego potruchtał pośpiesznie do ciała i przypadł na kolano. Przytknął palce do tętnicy szyjnej. Z dezaprobatą pokiwał głową i zbliżył ucho do ust kobiety. W końcu wyciągnął z kieszeni małe lusterko i przejrzał się w nim poprawiając tupecik.
- Może być, można powiedzieć. Może być. Yyy, co to ja chciałem? Aha! - zbliżył lusterko do ust ewentualnej denatki i obserwował powierzchnię przez dłuższą chwilę. - Jeszcze dycha, można powiedzieć. Ledwo dycha.
Otworzył torbę przewieszoną przez ramię i wrzucił tam lusterko po czym nerwowo grzebał w niej mamrocząc coś pod nosem. Wreszcie wyciągnął butelkę sprężonego powietrza do przedmuchiwania elektroniki i wielce dumny dmuchnął z niej pod nos pacjentki. Rozpiął trzy górne guziki jej bluzki i przyłożył ucho do piersi. Wielce zadowolony splótł dłonie i ucisnął bez odrywania trzydzieści razy. Wyprostował się i rozejrzał. Rumieniec wypełzł na stare policzki.
- Ja tylko, ratuję, życie, można powiedzieć, yyy, ratuję, życie.
Obtarł ślinę ze swoich ust i zaciskając kobiecie skrzydełka nosa zapodał dwa oddechy ratownicze. Zakasał rękawy i zaczął czynności powtarzać.
Zniesmaczony odwróciłem wzrok i rozejrzałem się po skarbcu. Przeładowany różnymi różnościami do granic wytrzymałości miał tylko na środku trochę więcej miejsca, gdzie postawiono przedmiot mojej wycieczki. Obszedłem Lustereczko dookoła. Nic ciekawego. Wyglądało tak samo jak w dniu pokazu na którym byłem. Przy samej podstawie dostrzegłem leżącą metalową zapalniczkę. Udając, że mnie coś zainteresowało na samym dole przykląkłem i zawinąłem ją w dłoń. Wstałem i nadal udając wielkie zainteresowanie obszedłem Lustereczko jeszcze raz i korzystając, że mnie oddzieliło od reszty obejrzałem znalezisko.
Z jednej strony płaskorzeźba orła, a z drugiej miejscami mocno już wytarty grawerowany napis "Porucznikowi Antoniemu .... za zasługi w ... kampanii ... Imperium". Kurczę, może jednak Antek nie zmyślał? Wygląda na to, że jego historia ma ręce i nogi, a ja go nożem i psem. Cholera.
Plask! Bez ceregieli zostałem wyrwany z zamyślenia. Resuscytowana kobieta w międzyczasie raczyła była odpowiedzieć pozytywnie na podjęte działania.
- Gdzie z tym jęzorem, złamasie kutany. Coś ci się we łbie popierdoliło, oblechu stary, gdzie z łapami zboku jeden! Noż, kurwa, a gdzie bucik, psiamać! Oż ty farfoclu miękkim kijem trącany!
Plask! Trzask! Chrup! Łup! Doktorkowi się dostawało jak na gali walk mieszanych.
- Ja tylko życie, yyy, ratowałem, można powiedzieć. Ja, doktorem, jestem, yyy, można powiedzieć. - tłumaczył się felczer oganiając się jak od wściekłej osy.
- Z łapami na cyckach i z jęzorem w mojej gębie?! A to twarde na moim udzie to pewnie, kuźwa, respirator? Jak ci go urwę...
- Jak już paniusia się ocuciła, to do paki. - wtrącił się dowódca straszaków, wyciągnął kajdany i brząknął nimi jak duch potępiony czym wywołał niezdrowy śmiech u swoich podwładnych.
Doktorek skoczył na równe nogi i stanął między brzęczącym żelastwem a swoją, hm, pacjentką? no, niech będzie.
- Nie pozwalam, yyy, można powiedzieć. Zbadać trzeba, obserwować, yyy, leczyć, można powiedzieć.
Straszak ruszył na niego i zaczęli się szarpać. Kątem oka dostrzegłem za nimi szybki ruch. Kobieta skoczyła w Lustereczko. Jeden ze straszaków rzucił się szczupakiem chcąc złapać za, jeszcze przez chwilę, wystającą stopę. Prawie mu się udało lecz tylko przywalił twarzą w cokolik i musiał się obejść smakiem własnej krwi.
- Oddział Alfa wzywam posiłki. Jesteśmy pod ostrzałem. Ranny żołdak. Skarbiec główny. Powtarzam. Oddział Alfa wzywa posiłki. - darł się do walki talki dowódca straszaków. Spojrzał na felczera z błyskawicą w oku - Opatrz go! Policzymy się później. Pod ścianę i ręce nad głowę!
Rozejrzałem się zdumiony do kogo ta gadka i w tym momencie zostałem, dosłownie, rzucony na ścianę. Rozsunięto mi nogi i wykręcono rękę.
- Jeden niepotrzebny ruch i po tobie - poczułem gorący oddech komandosa na karku. Na wszelki wypadek zamarłem.
- Baaaczność!
- Spocznij. Co tu się wyprawia sierżancie?
Oż, kurde! Poznałem ten głos! Porucznik. Antoni. Kurde, tylko który? Ten stąd czy ten co u mnie był? A może jeszcze jakiś inny podróżnik?
- Melduję, że ten tutaj oto rzezimieszek w zmowie z doktorkiem i pańcią nieokreślonej proweniencji odurzywszy nas gazem bojowym chcieli dokonać sabotażu, kradzieży oraz najprawdopodobniej dokonawszy mordów okrutnych doprowadzić puczem do przewrotu kierując zorganizowaną grupą przestępczą o charakterze militarnym...
- Dobra, dobra. Znam cię sierżancie. Wszędzie tylko szpiedzy i spiski. Puścić mi no tego rzezimieszka domniemanego.
Porucznik przyglądał mi się długo. Po czym obszedł mnie dookoła, westchnął i znów mi się przyglądał.
- Znów się spotykamy. Znowuż Lustereczko, dziennikarka i ty. Ciekawe, ciekawe. Póki co dziękuj władcy tej krainy. Wolny jesteś. Pamiętaj jednak, że na oku cię mamy. Zjeżdżaj.
Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Ruszyłem z kopyta. Znów mi się udało. Żyje.
- Stop! Przeszukać go!
Straszak w drzwiach złapał mnie za kołnierz, że o mało nie pogubiłem butów. Obrócił mnie w powietrzu i wylądowałem na podłodze twarzą do ziemi. Zanim złapałem oddech przetrzepano mi kieszenie. Pozbawiono grosiwa, tutek i zapalniczki oraz w sposób nagły postawiono na nogi.
Porucznik przyglądał się zapalniczce.
- To moja, do przypalania tutek od Morrisa - bąknąłem mało przekonywująco.
- Do czego służy to ja wiem ale twoja nie jest. No, chyba, że masz na imię Antoni - uśmiechnął się przekornie.
- Ale...
Porucznik gestem kazał mnie odprawić, co straszak wykonał dość gwałtownie i wyleciałem z jękiem za drzwi.
- Ale..
- Wypad mi stąd i to bez fochów, kuźwa.
Widząc podniesiony palec i lufę skierowaną w moje okolice dziwnie cicho oddaliłem się lizać rany. Za winklem nie wytrzymałem jednak i bacznie rozglądając się strzeliłem małego focha. Takiego bardziej sobie a muzom.

BAKTRIAN
Lizanie ran zajęło mi ledwo siedem dni. Ćwiczenia porządnego focha aż tydzień. W końcu dogadaliśmy się i przysięgliśmy sobie wierność aż do śmierci. No, bez przesady, do utraty świadomości. Przynajmniej. Grunt to cieszyć się małymi sukcesami!
Rozanielony leżałem sobie gapiąc się w sufit i nie zauważyłem przyjazdu mojej ukochanej Carycy K.. To był błąd. To był ten moment kiedy trzeba było wiać. Z perspektywy czasu dostrzegam, że to był wielbłąd. Cóż, przynajmniej przez wiele dni pić nie prosi. Tymczasem mi się skończył drink. Wstałem przeto, by uczynić cud przemiany pustego w pełne i …
- A gdzie moje smacznego? - podejrzanie miłym głosem zaskoczyło mnie moje słoneczko.
- A do czego? - wydawało mi się, że riposta moja jest ostra niczym japońska katana.
- A właśnie do niczego! Gdzie buzi, a co tam u ciebie, głodna pewnie jesteś, siadaj, zanim się podgrzeje to ci nóżki rozmasuję?! Ja cały dzień na mieście, z koleżankami, kawka, drinki, spotkania towarzyskie, a ty się opierdzielasz w domu i zapasy uszczuplasz, nieudaczniku jeden!
Sięgałem właśnie do lodówki i sprytnie zamiast butelki wyciągnąłem ziemniaki.
- Oj, bidulka. Pewnie głodna jesteś. Właśnie miałem obierać, to może zanim się zagotują rozmasuję stópki moje ukochane. Na wieczór będą jak znalazł.
- Co?
- Zimne nóżki, oczywiście - uśmiechnąłem się niewinnie.
- A może pierogi?
- Ale jak pierogi? - wyraźnie czegoś nie skumałem.
- Boś taki leniwy, jełopie - uśmiechnęła się czule.
- Oj tam, śmierdzące wyjdą.
- Ale jak? - tym razem to moja przepióreczka nie załapała.
- Bom leń śmierdzący! Ha!
- Dobra, dość czułości. Sprawa jest.
- Znaczy rozwód?
- Chciałbyś. Będę cię nękać, aż do twojego zasranego końca.
- Niemożliwe.
- A to ciekawe. Dlaczego?
- Bom nigdy swego końca od tej strony nie używał! Ha!
- Dobra, obrzydliwcu. Zamknij się i słuchaj.
Rzuciła na blat dwie spęczniałe srebrem sakwy. Muszę przyznać, że zaciekawiony miłym dla ucha brzękiem zamknąłem niewyparzoną paszczę. Wyraźnie było widać, że światło mego życia miało plan.
- Masz misję. Pogadałam z kim trzeba i wychodzi na to, że te Lustereczko to przyszłość. Światy równoległe napęczniałe możliwościami. Przepływ finansów na niewyobrażalnym poziomie. Dominacja polityczna, finansowa, gospodarcza i ... i... i nie wiem co jeszcze. To wielka rzecz. Predefiniowane miejsce kobiety w świecie ulegnie zmianie i Chata geopolitycznie może stać się liderem świata na stulecia. Najważniejsze! Lustereczko musi być nasze. Nadążasz?
- Coś mi świta.
- A propos, nim trzeci kur zapiej szkiełko musi być na Chacie. Jasne?!
- Ale jak?
- Srak! Nie obchodzi mnie. W końcu to ja jestem Carycą. Rusz pustą łepetyną, szarpnij strunę kreatywności ciut wyżej niż disco polo, nie obchodzi mnie zresztą co zrobisz. Lustereczko na Chacie, na komodzie, w kąciku. Taki jest cel, jeśli wiesz o czym mówię. Do roboty pastuchu albo od jutra szukasz krainy bez bilateralnych umów ekstradycyjnych. Ja spadam. Zjem na mieście doglądając dyplomatołków. No, już, nie burmusz się. Buzi, pa.
Zanim ogarnąłem opadającą szczękę machnęła mi pudrowaną buźką koło uszu i znikła wraz z oddalającym się odgłosem kopyt koni ciągnących jej karocę.
Nic tylko się upić i powiesić. Cóż, jak już wspomniałem, wielbłąd może długo nie pić. Na pewno sznurka nie zaplecie. Nie mówiąc już o nawoskowaniu, co by się gładko na grdyce zaciągnął. Rad nie rad, licząc na coś więcej jak wiejskie disco oplatające przydepnięte uszy wyruszyłem w kolejną podróż do Szopolandii.
W pół drogi, mniej więcej, napotkałem poselstwo Diabła Podlaskiego. Zasiedliśmy pod krzaczorem bliżej nieokreślonej marki spożyć lunch. Wymieniliśmy się kanapkami dla wzmocnienia więzi łączących narody. Łatwo się domyślić, że to był drugi wielbłąd, którego nieopatrznie nabyłem. Zamiana chleba z masłem i szynką na chleb z musztardą, choćby francuską, to jak dwa w jednym. Jednym słowem baktrian, a to już coś! Memłając czerstwy chleb z gniecioną gorczycą słuchałem dyplomatycznych popierdółek marząc o bimbrze i powrozie woskowanym grubo. Zniesmaczony spoglądałem na pasące się garby. A może by tak wyjechać w Bieszczady?
- ... Pan nasz i władca, srogi lecz sprawiedliwy, w światłości umysłu swego uznał, iż propozycja Twoja, o uczony, jest obopólnie korzystna więc jest skłonny, w miłosierdziu swoim, spróbować alternatywnej drogi, i próbie cię poddać, abyś użył młotka, i kowadełka do odgadnięcia tajemnic zawartych w artefakcie zwanym Lustereczkiem. Pomny legend jest skłonny usłyszeć, że jest najpiękniejszy na świecie. Nagrodę za wykazanie dowodu w tezie zawartego wyznaczył lecz ku zachowaniu pozorów potrzeba jest wniesienia wadium. Na zrozumienie i hojność licząc rzeczony eksponat z nami wysyła.
Noż, mogłem w totka zagrać. Już miałem ogarniać projekt łodzi podwodnej i mapy do Argentyny malować, bo sznura żadna cyganka mi nie wróżyła, a tu w pół drogi taka gratka. Mało żem przedniego chleba z zajawką gorczycy nie wypluł. Ogarnąłem się w trymiga i niby to skąpiąc, i niebędąc zainteresowanym, sakwę jedną opasłą srebrem rzuciłem pomiędzy nas.
Posłowie spojrzeli po sobie. Pokiwali głowami drewnianymi.
- Pan nasz szczodrobliwy, zachwycony twą łaskawością wcale nie będąc, weźmie pod uwagę dobrą wolę i wiarę da twej przenikliwości w dążeniu ku odkrywaniu tajemnic zawartych w tym dziwnym urządzeniu. Bacząc jednak na wysiłki poniesione przez ich poddanych, choć przez ciebie łaskawie wspartych smakowitym posiłkiem, prosiłby o datek mogący wesprzeć ich nie tylko duchowo.
Westchnąłem głęboko rażony chciwością poddanych próchniaka i z wyraźną niechęcią dorzuciłem drugą sakwę brzęczącą srebrem. Wyraźnie poruszeni mości posłowie zamruczeli udobruchani jadłem i srebrem w ilości nadprzewidzianej. Chciałem już upomnieć się o przesyłkę gdy prowodyr ich chrząknął.
- Gdybyśmy tak mieli coś ekstra, na nieprzewidziane wydatki, to już tylko błogość ciepła ogniska i łyk, z zacności znanej okowity twej, dopełniłby miłosiernej łaski pana naszego.
- Oż, wypierdki krowie, smoluchy niewarte przerobienia na węgiel, nie mówiąc o brykiecie drzewnym, chcecie tu polec, na tym pustkowiu? - ryknąłem wstając - niegodni jesteście poselstwa nieść.
Dobyłem scyzoryk i zrobiłem krok w ich kierunku. Drewniaki jeno skulili się w sobie, a ich wodzirej padł na kolana.
- Wybacz. Niegodni my. Panu naszemu chcieliśmy przynieść sławę tylko.
Spojrzałem srogo wznosząc nad głowę ośmiocentymetrowe nierdzewne ostrze.
- Znajcie serce moje. Do dwóch sakiew srebra dorzucam dwa wielbłądy, z czego jeden dwugarbny, takim pan. Teraz lustro i won, pókim dobry.
Posłowie, na miękkich nóżkach, przynieśli i odkryli przede mną Lustereczko. Tupnąłem i w minutę, zgarnąwszy sakwy, i osiodławszy wielbłądy, zniknęli za pagórkiem.
Kto jest mistrzem negocjacji? No, kto? Właśnie? Kto?
Lustereczko mam, a garbów się pozbyłem. Czas wracać do domu po zasłużone ordery!
Wróciłem. Cały w skowronkach. Lustereczko ustawiłem w niespodzianym miejscu wielce ukontentowany. Rozsiadłem się w ulubionym fotelu i w drinka uposażyłem dłoń. No, to teraz same pochwały, aż przysnąłem rozmarzony.
- Ty znowu śpisz nierobie! Pandemia! Świrus w koronie się panoszy! Papier do ścierania dupy twoje niemytej niekupiony! Mąki, ryżu, makaronu, cukru w spiżarni brak! Co ja się z tobą mam, ręce opadają. Jar gada, że ma gedon, a ten w majakach jako w pidżamach. Pewnie srebro w płyn przerobił! Dżizas krajs!
- Ale...
- Ale to były dwie, a jedną to górale na skale, a drugiej nie. Znajomy policmajster mówi, że już kartę zakoszarowania dostał. Rusz zadek! Coś musisz żreć, a ja coś specjalnego, przecież. Świat na głowie staje, a ten chrapie, ciul jeden. Ogarnij się, wiecznie żyć nie będę. Mimo wszystko wierzę w ciebie. Muszę lecieć. No, to pa.
To się nazywa przebudzenie w nowym ładzie.
Z własnych zaskórniaków założyłem za produkty. Co nie dało się kupić, to upadlając się, wyżebrałem. Słonko moje musi kawior spożywać. Trzeba przeżyć. Trzeba.
Kochanie ogarniało sprawy międzynarodowe. Ja domowe. Można by się rozpisywać ale to były trudne czasy. Po co drążyć?
Pewnego dnia, nie używając odkurzacza, energia kosztuje, sprzątając Chatę boleśnie zahaczyłem o Lustereczko. Masując mały palec prawej stopy czule wspomniałem niezapomniane chwile wielkich negocjacji. Wróciły do mnie wielkie poczucie siły i duma rozpierające moje serce. Zakręciła się łezka w oku i rozmazała obraz. Usłyszałem pianie koguta. Obtarłem powieki w rękaw dawno niepranej koszuli. Kogut powtórnie rozdarł ryja. Lustereczko dalej było rozmyte. Co, do jasnej... Chyba z braku ikry jesiotrowatych popitej szampanem mam omamy. Zapiało po raz trzeci. Ze szkła wylazła najpierw noga, a potem reszta znajomej postaci.
- O, kurwa! - zachwyciłem się spontanicznie.
- Eee tam, to ja, Antek. Ja grosza nie wezmę.
Świadomość moja, nie że lekko zaskoczona ale odmówiła posłuszeństwa. Wybaczcie, sami rozumiecie, na granicy przeżycia pewne rzeczy są nie do przyjęcia. Dawno nie opłacane rachunki za energię elektryczną w tym momencie zaskutkowały odcięciem dostaw. No, to blackout, pomyślałem i zemdlałem.
Postać nazywająca się Antkiem pochyliła się nad tracącym przytomność. Wydało się jej, że istota bezwiednie porusza ustami. Nachyliła się, prawie przyłożyła ucho do ust gasnącej świadomości. Długo do niej docierało co usłyszała.
-FOCH! Psia krwia, ileż można. FOCH!

BISZCZADY
Przecknąłem się, nie bardzo wiedząc gdzie jestem i co się stało. Pomny słów sierżanta mojej formacji z czasów młodości i siły, dyskretnie próbowałem namierzyć źródła wilgoci i smrodu.
- Szeregowy, wuju jeden, pamiętaj! jak się obudzisz i nie wiesz gdzie jesteś ani jakie paliwo wczoraj do czołga lałeś, pamiętaj, wuju jeden, oczu nie otwieraj, wuju, najsampierw się zorientuj czy suche i puste gacie masz. W suchych i pustych łatwiej uciekać, a i wstyd mniejszy, wuju jeden.
Mądry, frontowy żołnierz. Rady jego nigdy mnie nie zawiodły.
Oceniwszy pozytywnie stan gaci uchyliłem powieki. Powoli zapadał zmrok. Cicho grał telewizor, słychać było podejrzane bulgotanie i snuł się smrodek gorącego rosołu. W kuchni krzątał się skądś znany mi mężczyzna w fartuszku w niebieskie koguciki i warzył coś w średnim garze. Sypał do niego bliżej nieokreślone ingrediencje i mamrotał niezrozumiale. Noż trutkę warzy, jak nic. Jeśli zanurzy w tym jabłko, to po mnie. Historia pewnej królewny coś o tym mówi.
Zaczęło do mnie docierać co się stało przed blackoutem. Delikatnie pulsujący palec prawej stopy przypomniał Lustereczko. Pretensjonalny fartuszek okrywał wysportowane ciało porucznika Antoniego. Brak bólu głowy i palącej suchości w ustach sugerowały jednoznacznie, że żadnego czołga nie tankowałem. Gdy tak powoli przytomniałem zdałem sobie sprawę, że moja Caryca i kuchcik w fikuśnym ciuszku musieli coś knuć w tajemnicy przede mną. Świadczyło o tym dobitnie wcześniej wspomniane przez moje Słonko pianie kura i zjawienie się Antka po jego trzecim odgłosie dziobem.
Leżałem na kanapie przykryty ciepłym kocykiem. Coś mnie tknęło. Powoli odchyliłem brzeg okrycia i z obawą zajrzałem w bijącą ciepłem, ciemną czeluść.
Uff, spodnie miałem na miejscu. Przynajmniej nic nie stało się na boku.
- No, nareszcie obudziłeś się. Nie wstawaj, spokojnie leż i odpoczywaj. Zaraz cię wzmocnimy.
Zamieszał warząchwią w garze i do wielkiego kubka nalał rosołu.
- Już nie będzie kukurykał gadzi potomek. Jedz rosołek, jedz. Sił nabieraj. Widzisz, ty śpisz w najlepsze, a ja tu się muszę sam gospodarzyć. Pitraszę sobie niespiesznie i oglądam tę waszą telewizję. I wiesz co?
- No? Zaraz pewnie się dowiem - mruknąłem cicho i z lękiem siorbnąłem z kubka. To była niezła zupka, muszę przyznać.
- Ano widzisz, po kilku godzinach przeglądania kanałów wydaję mi się, że w tym waszym świecie są ludzie, którzy pewnie są efektywnie produktywni ale reszta... Hm, jakby to powiedzieć. Jedz, jedz. O! to dobre słowo - konsumuje. Znakomita większość łyka papkę.
Zabrał mi kubek. Nachylił się nade mną i zdecydowanym, silnym ruchem podniósł mnie do siedzącej pozycji. Za plecy wsadził dziarsko przetrzepaną, dodatkową poduchę. Z uśmiechem oddał rosół.
- Tak lepiej. Spokojnie, przecież się znamy - skwitował mój wyraz twarzy.
Chyba jednak nie, pomyślałem. Knujesz coś za moimi plecami, ty podstępna żmijo. Oko nabiegło mi krwią zemsty i słabo mi się zrobiło. Otruł mnie dziad jeden!
- Oho! Tylko nie mdlej mi tu. Jestem po twojej stronie. Pamiętasz? Jestem Antoni.
- Pamiętam. Jeszcze jak. Łaziłeś za mną od dawna. Ciągle jakieś sugestie, kontrole, przeszukania. To się nękanie nazywa. Ty cholerny stalker jesteś. Zgodnie z kodeksem karnym, stanowi to przestępstwo, za które grozi kara pozbawienia wolności do 3 lat, a w niektórych przypadkach nawet do lat 10.
- Oj tam. Delikatnie dawałem znaki, że pogadać chcę. Tak bez świadków. W teatrze już było blisko lecz nie przyszedłeś na umówione miejsce. Nawet Czesiek to ja ale wtedy jeszcze nie mogłem się ujawnić. Natomiast ty ciągle głupka na rozstajach udawałeś. Gdy w końcu do ciebie przyszedłem wszystko opowiedzieć, to ty mnie nożykiem przy uchu i pieskiem wrrrr. Ja biegać przez pola celem bicia rekordu nie dam już rady. Swoje latka mam.
Przerwał i przyglądał się mi jak łypię przekrwionym okiem z nad kubka. Muszę przyznać, że mnie troszkę rozbawił. Wspomnienie kurzu unoszącego się za Antkiem przekraczającym barierę dźwięku było bezcenne. On tylko westchnął i kontynuował.
- W końcu, nie widząc wyjścia, z twoją Carycą się dogadałem. No, i muszę powiedzieć, że konkret babka. Ustaliśmy co trzeba i jestem.
- Oż, wy żmije jadowite. Padalce oślizłe.
Zamachnąłem się kubkiem celem oparzenia wrednej mordy. Porucznik nim zdążył się uchylić roześmiał się serdecznie. W zapiekleniu nie zauważyłem, że w międzyczasie zupkę wychłeptałem ze smakiem. Powietrze ze mnie uszło. Zdołowany niepowodzeniem aktu desperacji opadłem na poduszki.
- Nie udało się ale szacun.
- A weź...
- Serio. Za tę konsekwencję cię podziwiam. Wracając, nawet szeptuchę podesłałem, żeby ci powiedziała, że potrzebuję twojej pomocy.
- Kogo?
- Kojarzysz taką babkę w chuście. To stara moja znajoma. Spotkaliśmy się w innym świecie. Moim świecie. Długa historia.
- Co ty znowu pier...
- No, taka babucha, pojawia się nie wiadomo skąd. Z chustą na głowie i z bucikiem na sznurku przy biodrze.
- Aaaa, to znam. Spotkałem parę razy.
- Nie uwierzysz jak ci powiem kto to jest tak na prawdę.
- Tobie? Nie, nie dam wiary.
- Pamiętasz pokaz Lustereczka? No. Wtedy zniknęła znana dziennikarka. Ludzie potem mówili, że ją UFO porwało. Krótko mówiąc - to ona.
- Nie. Babucha to dziennikarka? Ta od bucika?
Antek kiwnął głową, a ja nie wytrzymałem i głośno się roześmiałem. Babucha czyni cuda nawet jak jej nie ma. Sytuacja wyraźnie się rozluźniła i atmosfera zaczęła być przyjaźniejsza ludzkim organizmom. Jakoś tak lżej się oddychało od tej chwili.
- My z Babuchą, tak ją nazywajmy od tej chwili, przeżyliśmy parę przygód w innych światach. Charakterna, mówię ci. O, patrz - odchylił grzywkę i wskazał pokaźne wgłębienie na granicy włosów - Nieźle, co? Kiedyś, w świecie mentolowym, bo wszystko waliło tam miętą, pociągnęliśmy nalewki o łyk za dużo i wydawało mi się, że ma się ku mnie. Jak widzisz, jednak nie. Tak mi przywaliła bucikiem, a metalowy flek nowy jeszcze był, że podobno dwa dni spałem a felczerzy nie wróżyli dobrze.
- Babką trza przyłożyć. Babką zwyczajną - rżałem ze śmiechu trzymając brzuch. Zrzuciłem koc, zerwałem się z kanapy i rubasznie walnąłem porucznika w plecy - Zaczynam cię lubić. Piwko?
- Dzięki, z chęcią. Masz pociągnięcie - Antek z trudem złapał oddech.
- Lata praktyki przy widłach, człowieku. Wojsko tego nie dało.
Otworzyłem dwa gryczane na miodzie. Pociągnęliśmy po pół butelki.
- A propos wojska. Patrz tu - zawinąłem koszulę w okolicy lewej nerki. Ze trzy miesiące się jątrzyło. Myślałem, że po mnie.
- Nieźle. Podwójny postrzał. Po rozmiarach sądząc magnum 44.
- Eeee, nie. Czyraki.
- Toż to prawie śmiertelne. Tak blisko nerki. Cud, że żyjesz - oficer pokiwał z niedowierzaniem głową i zawinął bluzę munduru ukazując zabliźnione rany brzucha - Ratlerek szablozębny - dumnie wydął usta - O, a tu - odwrócił się i ukazał poszarpane plecy - brunatne były, ale niech nie zwiedzie, gryźli.
Spoważniał i zadumał się. Opróżniliśmy piwo do końca. Sięgnąłem do barku i wyciągnąłem śliwówki pół basa.
- To trzeba szybko odkazić - rzekłem zatroskany i nie żałując trunku polałem bogato. Napitek mocny był i wykrzywiło mu twarz w grymasie bólu.
- Zacne. Sam robiłeś?
- No, a jak? Ściągaj ten fartuch bo wyglądasz ja ciotka na paradzie - uśmiechnąłem się lubieżnie i polałem na drugą nóżkę.
A potem znów piwko i księżycówa z pośmiardem z ducha paszczy.
- Jak tak niucham tego, no, tego ... yk - wskazałem na pustą już butelkę - wiesz, tego, to tak sobie myślę , yk, że może by tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady... yk.
- Przyjacielu, dla ciebie wszystko, yk. Tylko zrobię, ten, no, yk, porządek u siebie i jadziem w, yk, w te, no, Biszczady.
- Nie, no, wiesz, yk...
- Cicho! Yk, Jak przyjaciel mówi w, yk, w Biszczady, to nie ma, yk, to tamto...
Wyraźnie nam się przerwa na tutkę mentolową z zapasów porucznika, popitą sowicie wiśniówką od nowiu do pełni macerowaną, należała. I piwko.
Czas przyjemnie szybko leciał. Rychło gwiazdy wzeszły nad krainą gościnną, wiatr ustał i ciemność zapadła. Znowu energii zabrakło i jak się nazajutrz okazało - ululał mnie.
Obudził mnie śpiew Drozdy. Suchym rankiem nie jest to wymarzona rozrywka. Namacałem pilot i wyłączyłem telewizor. Lepiej. Na sztywnych nóżkach poczłapałem w kierunku lodówki. Otworzyłem i porażony światłem po omacku namierzyłem garść kiszonej kapusty. Odcisnąłem w szklankę po wiśniówce i łapczywie wypiłem. Dziwny smak, jakiś pomyjowaty. Zadumałem się. Pewnie minął termin przydatności do spożycia. Odłożyłem szkło obok, powracającej do pełni swoich kształtów, gąbki. Co robi zmywak w lodówce przy kapuście? Dziwne. Zamknąłem okno, odepchnąłem się od zlewu i podreptałem uczynić ablucji grzesznego ciała.
Doprowadziwszy się do jako takiego porządku zrobiłem kawę i na długą chwilę podłączyłem się do kranu. Oj, jakie to dobre, mokre.
Pojękując zrobiłem przegląd pobojowiska. Widok nie był szczególnie pobudzający do pozytywnego myślenia. Nigdzie nie napotkałem zwłok Antka. Nawet nie posprzątał po sobie i się zmył. Łajza.
Ogarnąłem z grubsza ten bałagan i z wysiłkiem zasiadłem w fotelu. Pociągałem lekkostrawne tiramisu nawet nie próbując się na czymkolwiek skupić. Beknąłem parę razy i wyczuwając lekką, wielozapachową, z dominacją nieprzetrawionej wiśniówki bryzę, przysnąłem.
Lekko spocony, z uczuciem niepokoju otworzyłem oczy. Z pewnej odległości przyglądała mi się zniesmaczona Caryca K.
- Co? Ciężko? Ochlaptusie. Cierp ciało kiedyś chciało. Zbieraj się szybciutko alkoholiku. Trzeba Lustereczko obadać. Słyszałam to i owo na mieście. Od uczonych, tęgich, trzeźwych głów - uśmiechnęła się złośliwie - To prawie na pewno portal do innych światów. Mówią, że one równoległe są. Ja tam się nie znam. To ty w innych wymiarach obyty. Soczku z kiszonej kapusty?
Wstała i ruszyła do lodówki.
- Nie. Soku nie. Nieświeży jakiś, czy coś. Herbatkę poproszę.
Caryca zatrzymała się w pół drogi. Rozejrzała się z półobrotu, aż spódnica cudnie zafalowała ukazując szczecinę nóżek uroczych. Okręciła się jeszcze raz. Rozczuliłem się na ten widok. Prawie jak młoda cyganeczka. Ech. Przepióreczka moja zmieniła się jakąś magią przeklęta w antylopę rączą i puściła się biegiem przez Chatę. Co raz hamując z piskiem podeszwy zaglądała w różne kąty.
- Ty pijusie parszywy gdzie Lustereczko?! - wylądowała telemarkiem tuż przed moim nosem i wzięła zamach kształtnym kułakiem.
- No, no, tam, tam gdzie zawsze... - wskazałem pomiędzy belkę podporową a schody i przerwałem zaskoczony prawym sierpowym oraz lewym podbródkowym. Zerwałem się i z pomocną nogą w tyłku salwowałem się ucieczką.
Godzinę później emocje opadły. Oddechu nam zabrakło i stare, styrane życiem serca trzeba było uspokoić. Przymknąłem powieki i z rozczuleniem wspomniałem lata młodości. Kiedyś to ze trzy godziny by trwało. Kiedyś to jo.
Słonko mego życia odłożyło siekierę i westchnęło.
- To po ptokach. Wszystko przepadło.
- Może nie będzie tak źle - profilaktycznie osłoniłem ptaka - znajdziemy Antka i Lustereczko. Na pewno się gdzieś ukrył i czeka na stosowną chwilę.
- Ej, głupi ty jak pastuch. Jemu te Lustereczko było potrzebne tylko po to by do domu wrócić. A ja chciałam świat zmieniać. Chacie korzyści przysporzyć. Lud do syta nakarmić. Głupia ja jako i ty. Zaufałam ci, a ty dałeś się upić i wycyckać. Hola, hola, a może sprzedałeś Lustereczko? Tak mi się coraz wyraźniej zdaje, że ty z tym Antkiem knujce parszywe. Tu buzi, buzi, będzie dobrze, nóżki ci pomasuję, a ty szpion i zdrajca. No, to koleżko do lochu i łamanie kołem. Oj, wyśpiewasz wszystko jak ci strunę naciągnę. Straż! Brać szubrawca.
O ty niewdzięczna Caryco K. To ja ciebie jak matkę i tak mi się odwdzięczasz. Foch.
Oderwana od kufli, rozzłoszczona drużyna Straszaków wlokła ledwo żywego petenta sali tortur do miejsca zakwaterowania. Kat skończył na dziś. Narzędzia namoczył w ługu i udał się do swoich ukochanych córeczek bawić się lalkami.
Otwarto z łomotem dębowe, wzmacniane żelazem drzwi i z rozmachem wrzucono do środka krwią i gangreną cuchnące ciało. Za nim z klekotem poleciał jego foch.
Rechocząc coś o kolacji dla szczurów Starszy Straszak zaryglował podwoje.
- No, chopy! Piątek, piątunio. Łykiend czas zacząć. Raz, raz, raz, piwo się grzeje.
- Czeeekaj. Wiidziiaałeś? - najmłodszy z kompanii wskazał na podwoje.
Przez szpary w deskach przebiła się bladoniebieska poświata i dało się słyszeć basowe buczenie. Jakiś zatroskany głos rzucił: Biszczady czekają, dajesz.
Trzeci z żołdaków zarechotał nerwowo. Popchnął Młodego.
- Sprawdź to.
- Saaam se spraaawdź, a coo to jaaa głuupi.
- Wszyscy wiedzą, żeś lekko ciemny. Sprawdź, powiedziane było - starszyna wydał rozkaz i cofnął się o krok.
Młody przełknął głośno ślinę i szarpnął zasuwę. Chwycił drżącą ręką antabę i powoli uchylił wrota.
Dowódca dźgnął Średniego lufą karabinu. Wyprostowaną dłonią dwa razy krótko machnął na wysokości głowy. Na tę komendę wszyscy zgodnie ruszyli gęsiego. Omiatając przestrzeń latarkami i lufami broni minęli grube framugi. W celi było pusto. Ciężkie i stęchłe powietrze błyszczało i drżało lekko jakby ktoś brokatem sypnął w ostatnie promienie promienie słońca. Dziwnie pusto i cicho. Słychać było tylko szuranie okutych butów i szczurzych pazurów.
- Ciii. Mówię ciiii. Cicho psiamać, brudasy próchniawe! Co to, do kurwy nędzy?
W półmroku słychać było ciche, krótkie warczenia, na przemian z jeszcze krótszymi i cichszymi poświstami.
Starszyna powoli skierował światło w tym kierunku.
W najciemniejszym kącie na wiechciu zapleśniałej słomy chrapał
kONieC mARNY.
- Zaloguj lub zarejestruj się aby dodawać komentarze
- 412 odsłon