SZOPOBYLCE (7)

.
Szopobylec
Jak się zaczęło, to trzeba skończyć. Przynajmniej spróbować. Doszedłszy do tej jakże odkrywczej konkluzji zebrałem się w sobie. Za ciężkie złote dutki nabyłem najlepsze z najmodniejszych materiałów i korzystając z miar pobranych poprzednim pobytem w Szopolandii uszyłem, jak tylko umiałem najlepiej, szykowne ubrania. Zaprzyjaźniony szewc przerobił drogie skóry na ekskluzywny trzewik. Spakowałem ubiory, dumę oraz pusty portfel do kufra i wyruszyłem zakończyć sprawę drewniaka zwanego Cylindrowatym.

Po kolejnej nudnej acz wyjątkowej szybkiej podróży, nie wdając się w dyskusje ominąłem szerokim łukiem czające się podstępnie smoltoki. Przymierzyłem ubrania, naniosłem poprawki i napiłem kawki. Operację powtórzyłem siedem razy i jeszcze raz. Natarłem trzewik komarzym sadłem z pierwszego tłoczenia na zimno o północy. Zadałem talk pod kołnierzyk na sztywno krochmalony i rozpyliłem śmierdzidło marki „Wozduch Puszczy”. Nie mogąc już nic więcej uczynić upchałem w swoich uszach grube stopery i postawiłem lustro przed drewniakiem. Szopobylec długo przeglądał się, mrucząc i pochrząkując podnosił brodę wyżej nosa, mało nie gubiąc cylindra przy tym. Po jakiejś pół godzinie zerknął na mnie, na otwarty kufer z pustym portfelem na dnie i kazał napełnić go złotymi dutkami po brzegi. Po czym stracił zainteresowanie mną i światem. Wrócił przed lustro i wzrok mu się zaciągnął mgłą samouwielbienia. No i to by było na tyle. Tak po prostu. Nawet foch mi nie wyszedł. Pełen złota i obaw, odprowadzony pełnym pogardy wzrokiem dworzan, pod sowicie opłaconą ochroną Kiciuchy udałem się w podróż powrotną.
 

.
.

Dodaj komentarz